Wedding!
Wszystko było już zapięte na ostatni guzik. Moja mama upinała mi włosy komentując, że mam ich stanowczo za dużo, żeby można było zrobić z nimi coś sensownego. W końcu długie loki opadły mi na ramiona. Przejrzałam się w wielkim kryształowym lustrze. Biała suknia migotała tysiącami kryształków. Mama wpięłą mi we włosy srebrny diadem, który dostałam w prezencie od rodziców. Wydali fortunę na to cacko, wykonane przez gobliny. Przypomniał mi się diadem Roweny Ravenclaw. Na szczęście dla mnie, nie potrzebowałam wspomagaczy by posiąść wiedzę. Wsunęłam stopy w ręcznie szyte pantofelki. Mama powiedziała, że zostawi mnie teraz samą i poszuka ojca. Mieliśmy spotkać się na dole. Przyjrzałam się sobie w lustrze i uśmiechnęłąm się niepewnie. Materiał sukni układał się w taki sposób, żeby nie zdradzać zawartości mojego brzucha (o której to rodzice Rona mieli się dopiero dziś dowiedzieć). Wyszłam na chłodny korytarz i poprawiłam szal spływający mi na ramiona jak delikatna płachta srebrzystej mgły. Gdy schodziłam po schodach do Wielkiego Holu, ktoś złapał mnie za ramię i przeciągnął do maleńkiej klasy.
- Draco? - zdziwiłam się, ale chłopak mi nie odpowiedział.
Spojrzał mi prosto w oczy i ujął w dłonie moją twarz. Zanim zdążyłąm jakkolwiek zareagować pocałował mnie delikatnie. Stałam jak zamurowana, w dłoni ściskając bukiet błękitnych stokrotek. Otworzyłąm oczy i nie wiedziałam co powiedzieć. Na szczęście nie musiałam się długo zastanawiać:
- Hermiono, chcę, żebyś była szczęśliwa - wyszeptał, wciąż przyciskając swoją twarz do mojej w taki sposób, że każde słowo łaskotało mnie w usta. Zanim zdążyłam zareagować, srebrzysta sowa wyleciała przez uchylone okno.
- Hermiono! Pospiesz się, bo zaczniemy bez ciebie! - do komnaty wbiegła Emma. Wygląała zniewalająco, aż pozazdrościłam jej krótkiej sukienki. Wyszłam z nią i razem stanęłyśmy w drzwiach Wielkiej Sali. Tym razem pomieszczenie to wyglądało zupełnie innaczej. Zamiast stołów stały rzędy białych krzeseł, każde ozdobione dwoma małymi elfami, które podtrzymywały śnieżnobiałe kokardy. Po środku rozciągał się dywan w barwach Gryffindoru.
Wzdłuż przejścia aż do miejsca, w któym ustawiono mównicę dla Urzędnika Ministerstwa Zawierania Magicznych Kontraktów z Wydziału Prawa Czarodziejskich Umów i Składania Niedorzecznych Przysiąg, stały wazony błękitnych i turkusowych kwiatów. Gdy szłam po tym dywanie dostrzegłam, że na każdym z nich siedział ogromny, barwny motyl, którego skrzydła otwierały się i zamykały, zmieniając kolory aranżacji. Na końcu mojej drogi czekał na mnie Ron. Był blady jak papier i lekko się trząsł. W pobliżu łuku, na którym siedziały biało-złote gołębie, dostrzegłam rodziców Rona i moich. Mama i pani Weasley ocierały sobie nosy rękawami sukien.
Uśmiechnęłam się niepewnie i zatrzymałam tuż przy Ronie. Emma mijając mnie pogładziła mnie lekko po plecach, żeby dodać mi otuchy.
Gdy składaliśmy sobie przysięgę, że się nie opuścimy niezależnie od okoliczności i ilości przypalonych garnków, miałam dziwne wrażenie, które nie chciało mnie odstąpić ani na krok. Że na ustach ciągle czuję jakiś ślad Ślizgona. I co gorsze, że nie czułam z tego powodu wyrzutów sumienia.
Gdy zapadło wiążące zaklęcie, na serdecznym palcu i moim i Rona, pojawiły się obrączki, które do tej pory spoczywały bezpiecznie na atłasowej poduszce trzymanej przez Harry'ego.
Wszyscy zaczęli klaskać, a wrzawa ta spowodowała, że gołębie poderwały się do lotu. Zaraz za nimi pod zaczarowanym sklepieniem Wielkiej Sali zaroiło się od tęczowych motyli. To była magia podobna tylko do Corveusza. Rozległa się delikatna i lekka jak sen, muzyka skrzypiec.
Uśmiechnęłam się i w oczach stanęły mi łzy szczęścia. Goście rzucili się z gratulacjami i uściskami.
Białe krzesła zniknęły, zamiast tego pojawiły się długie stoły zastawione jedzeniem. Wyściskana i wycałowana usiadłam za stołem prezydialnym. Po mojej prawej stronie siedział Ron, po lewej Emma, która uśmiechała się do gości.Corveusz, który był świadkiem Rona zadzwonił widelcem w puchar, żeby uciszyć zgromadzonych. Goście zamilkli i wpatrywali się w niego z zainteresowaniem.
- Witam, witajcie... Szanowni goście, rodzice, przyjaciele państwa młodych... Gdy Ronald poprosił mnie, abym był świadkiem na jego ślubie w pierwszej chwili bardzo się zdziwiłem i chciałem odmówić. Jestem wojownikiem, nie wiem nic o ślubach, dzieciach i odpowiedzialności za drugą osobę. Gdy poznałem Hermionę, taką jaką znam dzisiaj, zacząłem rozumieć dlaczego można chcieć się ożenić. Gdy do nich wpadam, zawsze mają ciastka i nigdy się nie dziwią, ile mogę ich zjeść - goście wybuchnęli śmiechem. - Z każdym dniem naszej przyjaźni zdawałem sobie sprawę, że życie we dwoje to nie tylko dobre jedzenie, bo inaczej Hermiona by się długo nie utrzymała. To musi być coś więcej i mam wrażenie, że sam też dowiem się co to, prędzej niż później - przerwał na chwilę. Nabrał powietrza i chyba miał powiedzieć coś jeszcze, ale głos mu się lekko załamał, więc podniósł kielich w górę: - Za Rona i Hermionę!
- Za Rona i Hermionę! - cichy pomruk przetoczył się przez salę. Rodzice Emmy zerkali na Czarnego z zainteresowaniem.
Kiedy wszyscy zaspokoili swój głód, przystąpiliśmy do zabawy. Według traycji, z których pobierałam korepetycje u pani Weasley, każdy musiał zatańczyć z panną młodą. Tym razem niestety byłam nią ja i po dwóch godzinach nie czułam już nóg ze zmęczenia. Kiedy uwolniłam się z muskularnych objęć Switcha, odnalzałam wzrokiem Rona. Udało nam się na chwilę uwolnić od gości, którzy właśnie robili wielkiego węża i tańczyli dookoła sali, lawirując między krzesłami i wymknęliśmy się. Bez słowa zbiegliśmy po schodach prowadzących do ogrodu pod zamkiem i skryliśmy się pomiędzy żywopłotami. Udało nam się znaleźć ławkę, co nie było takie proste, bo na dworze zrobiło się już zupełnie ciemno.
Usiedliśmy na niej, opierając się plecami o siebie. Nie musieliśmy nic mówić, z resztą sądząc po jego wymiętolonej szacie i rozchełstanej muszce, nikt nie miał na to ochoty.
Przymknęłam oczy i starałam się uświadomić sobie, że właśnie podjęłam życiową decyzję, którą tudno by było ewentualnie odwrócić. Przed oczami stanęła mi twarz Dracona, który złożył mi życzenia aby następnie nie pojawić się na ceremonii.
Ron sięgnął po moją dłoń i delikatnie pogładził ją kciukiem.
Spojrzałam na okna zamku. Wielka Sala promieniowała.
- Chciałabym być animagiem - odezwałam się nagle.
- A ja chciałbym być pająkiem.
- Co? Przecież nienawidzisz pająków - zdziwiłam się.
- Ale bolą mnie nogi, a jak masz osiem to pewnie się to zmęczenie rozkłada na osiem nóg - snuł Ron.
- Albo boli cię osiem nóg - powiedziałam. Roześmialiśmy się. Zza rogu wyszedł Harry.
- Tu jesteście! Wszyscy was szukają. Czekają na tort! - objął nas Harry. W tej samej chwili z przeciwnej alejki podbiegła do nas bosa Emma.
- Hej, gdzie masz buty, lasencjo? -wyrwało się Ronowi.
- Uciekły mi - odparła spokojnie. - Co to za spotkania beze mnie? - usiadła przed nami na trawie.
- My się tu nie spotykamy, my się tu spotkaliśmy - powiedział Harry dobitnie. Zachichotaliśmy. Gdzieś już to przecież kiedyś słyszeliśmy. Wciągnęłam głęboko powietrze.
Wymieniłyśmy z Emmą spojrzenia i uśmiechnęłyśmy się.
- Kto by pomyślał - powiedziała tylko i wstała. Podnieśliśmy się za nią. Całą czwóką ruszyliśmy w stronę zamku. Na środku Wielkiej Sali stał ogromny tort.
- Pokrojcie go z nami - zaproponowałam Emmie i Harry'emu. Przez twarz Emmy przebiegło coś dziwnego, jakby... wzruszenie?
Stanęliśmy dookoła piętrowego cukierniczego dzieła sztuki, które ozdobione było wielkim godłem Hogwartu.
- Zanim zaczniemy podnosić wam poziom cukru, podniesiemy wam trochę ciśnienie - powiedziałam, uśmiechając się. Wśród gości zapanowała cisza, słychać było tylko pojedyncze szepty.
- Ci którzy już wiedzą, mogą spokojnie nie słuchać - roztropnie powiedział Ron.
- Spodziewamy się pojawienia jeszcze jednego członka rodziny, który już jest tu z nami, ale nie może sam się przywitać. Dlatego ja zrobię to za nią. Moi drodzy, w grudniu wśród nas pojawi się Rose Berenica Weasley. Nie, nie jest to żadna zaginiona kuzynka - dodałam i pogłaskałam się po brzuchu. Pan Weasley pociągnął za rękaw panią Weasley, najwyraźniej chcąc się upewnić, czy dobrze wszystko zrozumiał, ale ona tylko machnęła ręką i podbiegła nas uściskać. Z rozpędu uściskała teź Harry'ego i Emmę.
Goście zaczęli klaskać, a my pośród tej wrzawy wbiliśmy noże w ciasto. Przyjemny zapach cytryny i mięty doleciał do mojego nosa.
- Tort z deszczem? - zdziwiła się Emma.
- Że co? - zaciekawiłam się.
- Nie, ja czuję suchą trawę - powiedział Harry.
- Pozwoliłem go sobie trochę ulepszyć - mruknął cicho Ron i podał Emmie talerzyk.
- Jest w nim eliksir miłości?
- Ale bardzo słaby!- tłumaczył się półgębkiem.
- W sensie, że słaby bo ty go zrobiłeś, czy słaby w sensie mocy ? - zainteresowałam się. Emma parsknęła śmiechem.
- Nigdy wam to nie przejdzie? - zapytała, rozdając gościom tort.
Zaczarowane sklpeienie zaczynało powoli okrywać się bladoróżową poświatą, gdy goście rozeszli się do swoich komnat. Zdjęłam buty i powlekłam się za Ronem do naszej sypialni. Zdązyłąm jedynie rozwiązać suknię i padłam na łóżko. Obok mnie leżał mój mąż, który był zbyt zmęczony, żeby sciągnąć cokolwiek więcej poza szatą wyjściową. Zaczęliśmy się śmiać.
- Nie wiem czemu noc poślubna jest taka istotna i jak ludzie są w stanie ją celebrować po takiej imprezie - powiedział, głaszcząc się po brzuchu.
- Ja też jestem padnięta - powiedziałam wyplatając niedbale z włosów gałązki fiołków.
- Jsa nie o tym... tak się najadłem - jęknął, podciągając pod brodę pled. Zaśmiałam się - cały Ron.
Następnego dnia spotkaliśmy się z gośćmi przy śniadaniu. Mój ojciec i ojciec Rona zaśmiewali się z czegoś donośnie i sądząc po minie mojej mamy, ciągle jeszcze tchnęli wspomnieniem butli rumu, którą skonsumowali. Mama Rona uścisnęła mnie, ale po chwili odepchnął ją George, żeby pogratulować mi imprezy. Uśmiechałam się serdecznie do wszystkich członków mojej nowej rodziny. Suknia, którą miałam tego dnia na sobie nie była już biała, ale złocista i przylegająca do ciała w taki sposób, że widoczna była moja ciąża.
Ostatni na śniadaniu pojawili się Emma i Czarny. Z ich min trudno było cokolwiek wyczytać, poza tym, że starali się udawać zdziwionych każdym podejrzeniem, że dla nich impreza nie skończyła się o świcie. Dawno nie widziałam Emmy takiej roześmianej.
Kilka dni po ślubie świat wróćił do normalności, tak bardzo, że kiedy pewnego poranka zeszłam do kuchni we własnym domu, spotkałam tam Czarnego i Emmę jedzących śniadanie. Nie byłam w stanie się nawet zdziwić.
- Może zrobić wam tosty? - zapytałam, przerywajac im jakąś niesamowicie interesująca rozmowę.
- Nie trzeba, dzięki - rzucił nonszalancko Czarny.
Uśmiechnęłam się i usiadłam z nimi przy stole.
- Nudzę się - wyznałam, czując na sobie spojrzenie Emmy.
- No to zrób coś dla siebie - powiedziała spokojnie i wiedziałam już, że ma dla mnie przygotowane zajęcie.
- Co na przykład? - uniosłam brwi.
- Zostań animagiem - wypaliła. Olśniło mnie i widocznie dało się to zauważyć, bo na twarzy Emmy pojawił się tryumfalny uśmiech. - Nie wpadłaś na to, co?
- Zupełnie nie!
- Pięć galeonów dla mnie - wyciągnęła rękę do Czarnego.
- Cholera, a miałaś być bystrzejsza - burknął Corv i wygrzebał z kieszeni kilka wielkich złotych monet.
- Przykro mi że cię rozczarowałam - pocałowałam podstawiony mi policzek i ze śmiechem wypiłam Emmie herbatę.
- Cynamon - skrzywiłam się i sięgnęłąm po kubek Switcha.
- Odradzam - powiedział i zabrał mi go z mojego zasięgu. Zamiast tego wstał i zaparzył mi moją ukochaną herbatę Earl Grey.
- Będę musiała iść do...
- biblioteki - dokończyła za mnie Emma stawiając przede mną brejowatą owsiankę. Podniosłam na nią wzrok.
- No co, tylko tyle umiem zrobić - powiedziała przepraszającym tonem. Podziękowałam jej skinieniem głowy i zabrałam się do jedzenia. Glutowata substancja rosła mi w ustach.
- Przepraszam, że was tak niegrzecznie zapytam, ale co tutaj robicie? - wymlaskałam, próbując grać na zwłokę jedząc to paskudztwo.
- Wpadliśmy na śniadanie, bo Ron poleciał łapać jakiegoś czarnoksiężnika, któremu wydaje się, że jest synem Voldemorta - wyjaśniła mi przyjaciółka.
- Co jest niedorzeczne, bo przecież nie miał on... odpowiedniego sprzętu - wyszczerzył się Corv.
- Cze... co?
- Któro?
- Voldemort, kiedy go pozbierali po bitwie okazał się nie być stuprocentowym mężczyzną - wyjaśnił.
- Czemu?
- Pewnie tak się przetransformował, że nie musiał.
- Ale może ten człowiek jest jego synem z czasów, kiedy jeszcze mógł... - odezwała się Emma.
- Taak i teraz postanowił pomścić śmierć tatusia? Emmo... proszę cię- Czarny przewrócił oczami. - Poza tym, umiesz sobie wyobrazić Riddle'a obcującego...eem... płciowo z czymkolwiek poza swoim wężem?
Gdy dotarł do nas pierwszy sens tych słów, mało nie położyłyśmy się ze śmiechu na stole.
Kiedy udało na się już odorobinę opanować, Emma spojrzała na mnie, otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć, a po chwili je zamknęła.
- O co chodzi?
- Nie wiesz może gdzie jest Draco? - zapytała, ale wiedziałam, że to pytanie jest zbyt niewinne.
- Nie widziałam go od dnia ślubu - odparłam zgodnie z prawdą.
- o, Malfoy wyjechał - wtrącił się Czarny, oblizując palec, który chwilę wcześniej władował mi do owsianki. Widziałam ile kosztuje go to, że nie wypluł ani kropli tej wstrętnej mazi.
- Jak to wyjechał? - zapytałyśmy jednocześnie. Poczułam się jak idiotka. Co prawda pocieszający był fakt, że Emma też tego nie wiedziała.
- No wyjechał... urodziło mu się dziecko. Scorpius - Czarny powiedział to takim tonem, jakby conajmniej Prorok Codzinny pisał o tym od miesiąca, a my tępe mugolki tego nie rozumiały.
- Dziecko?
- Hermiono... Ty się nie powinnaś dziwić - rzucił jadowicie.
- Ale przecież on nie miał żony... ani męża...
- Też się dziwiłem, że nie ma męża. Widocznie kiedyś przesadził z grzenym winem i powołał na świat małego różowiutkiego glutka - Switch wzruszył ramionami.
- Nie obchodzi mnie moment poczęcia - fuknęłąm, co Emmę rozbawiło prawie do łew.
2011-08-04 02:53:19
skomentuj (0)
Desing by
ME only for
Sama-Swoja.blog.pl
Harry Potter Theme