To było spokojne, słoneczne przedpołudnie. Wiatr delikatniegrzechotał dzwonkami na werandzie. Bijące wierzby walczyły między sobą i cochwilę z trzaskiem spadała któraś gałąź.Od strony ogródka z warzywami słychać było ciche prychanie, Krzywołap znowupolował na gnomy. Wszystko otaczała auraciszy. Nic, poza sową przecinającą w biały dzień niebo, nie zapowiadałowydarzeń tego wieczoru. Na trawie miękko wylądował Dracon Malfoy. Skinął lekkogłową w stronę Rona, który czytał gazetę i wszedł za mną bez słowa do kuchni, żeby zabrać dwiemaleńkie walizki.
- Nie możesz użyć zaklęcia zmniejszającego? – zapytał poirytowany.
- Jak myślisz, ilu ludzi leci dwadzieścia godzin na drugikoniec świata bez bagażu?
- Nie wiem?- skrzywił się. – Co to za różnica?
- Nie chcemy się wyróżniać. Wystarczy, że trzeba byłozałatwić pozwolenie na to – kiwnęłam głowąw stronę klatki. – Chyba nie podobały mu się szczepienia i odpchlenie.
- Daj to – wziął ode mnie jeszcze klatkę, cmoknął mnie wpoliczek i zniknął w płomieniach, prawdopodobnie, żeby za chwilę pojawić się wMalfoy Manor.
Odwróciłam się. W drzwiach od ogrodu stał Ron i kręciłgłową.
- Kiedyś się dowiem, co kombinujesz, zanim to zrobisz? – uśmiechnął się lekko.
- Masz niewielkie szanse – mrugnęłam do niego okiem. Objęłamgo za szyję i przytuliłam się – Musisz i zaufać .
- Nie zostawiłaś miwyboru. Pewnie jakbym zaczął węszyć to skończyłbym jak ta koleżanka Cho, zjakimś pryszczatym napisem na czole.
- Myślę, że to byłaby interesująca atrakcja na ślubie - zaśmiałam się.
- Lecisz o której?
- Jutro rano. Dzisiaj podobno jemy niezapowiedzianą kolacjęu Ginny i Harry’ego.
- Co to znaczy niezapowiedzianą?
- To znaczy, ze Ginny i Harry nie mają o tym pojęcia – wyszczerzyłsię Czarny, wychodzący z kominka.
Uścisnął Ronowi dłoń i zajął się robieniem herbaty.
- Nie sądzisz, że ludzie traktują nasz dom trochę jak…hotel? – zagadnęłam Rona konspiracyjnym szeptem.
- Myślę, że zmusiło ich do tego twoje lenistwo i to, że nigdynie proponujesz drugiej herbaty, Hermiono – Ron poklepał mnie po ramieniu. –Ale nie wypominam ci!
Prychnęłam i z wyczekiwaniem wpatrywałam się w Corveusza grzebiącego nam w lodówce.
- Emma kupiła taką sukienkę, że majtki wam pospadają –powiedział nagle. Parsknęłam śmiechem.
- Skąd wiesz?
- Oj, zerknąłem może raz czy dwa – uśmiechnął się zagadkowo.
- Miało cię tam przecież nie być!- zdziwił się Ron.
- Ron, jaki jesteś drobiazgowy – Czarny zrobił sobie kanapkęobficie polaną majonezem i przystąpił do konsumpcji.
- Czy czekamy jeszcze na kogoś? – zapytałam.
- Na Malfoya- przełknął i zagryzł ogórkiem, którego właśnie wyłowił sobie z wielkiej beczki.
- Malfoy już był.
- Na serio?
- Na serio.
- I nie poczekał na mnie- jęknął płaczliwym tonem ichwytając jeszcze jednego ogórka na pożegnanie („Szeraszam, słabo karmi-om aurorów!”) – zniknął w płomieniach. Byłam pełna obaw, czy Proszek Fiuuzgadnie, że „’alfoy Amor” to domDracona, ale cóż… Nikt mu nie kazał kraść moich ogórków.
- Trochę wariat, co?- zwróciłam się do Rona, ale ten wyszedł już do ogrodu i wpatrywał się wniebo.
- Smoki dziś nisko latają… - powiedziałam z pełną powagizadumą.
- Nie, chodzi o to, że … Może byśmy uprzedzili Ginny o tym,że dzisiaj robi kolację dla połowy Zakonu?
Przewróciłam oczami i wysłałam do Ginny gołębia zwiadomością. Żałowałam, że nie nauczyła się obsługiwać telefonu. Wyciągnęłam zszafki mąkę i różdżką przywołałam zlodówki potrzebne mi produkty.
- O nie! Nie gotuj! – machał rękami Ron. – Nie zabijajdobrze zapowiadających się… auć!
Jajko wylądowało mu na głowie.
- Coś mówiłeś?- zamrugałam, uśmiechając się słodko.
- W czarodzieja!Jajkiem! – śmiał się, objął mnie w pasie i próbował wsadzić łapy do wiórekczekoladowych, które właśnie wysypywałam na blat.
* * *
- Ciasteczka! Hermiono, nie trzeba było – uśmiechnęła się złośliwieGinny i wpuściła nas do środka. – Bardzo śmieszne! -przedrzeźniałam ją.
- Hermiona! – Harry uścisnął mnie mocno i przywitał się zmoim brzuchem. – A co jeśli to będą bliźniaki?
- To jednego ci sprzedamy – powiedział Ron, klepiąc go po ramieniui porywając w objęcia Jima. Podrzucił go kilka razy pod sam sufit.
- Uważaj, żebyś się nie dowiedział, co było na podwieczorek –ostrzegła go Ginny, ale było już zapóźno. Zanosząc się od śmiechu rzuciłam mu pieluchę, żeby mógł wytrzeć plamę nakoszuli.
- Co tak pachnie? – zapytałam, rozglądając się po kuchni.
- Pieczeń.
- Z jabłkami?- zdziwił się Harry.
- Jaki ty czasami jesteś… - pokręciła głową Ginny i oparłabrodę o jego ramię. – To kto dzisiaj jeszcze przyjdzie?
- Chyba Emma i Corveusz – powiedziałam, mrugając porozumiewawczo do Ginny.
- Ach, rozumiem… - uśmiechnęła się tajemniczo i otworzyłapiekarnik, żeby polać ciasto jakimśdziwnym przezroczystym płynem.
- Co to? – zainteresowałam się zawartością buteleczki.
- Och, tego nauczył mnie Harry – uśmiechnęła się trochęzakłopotana. – Powąchaj.
- Przecież to … alkohol! Myślałam, że dolewasz tu jakiegośeliksiru miłości!
- Podobno to działa lepiej – wyszczerzyła się i zamknęładrzwiczki.
Koło moich nóg zakręcił się mały James. Wzięłam go na ręce iusiadłam pod oknem. Pokazywałam mu różne znaki na niebie, które rysowałamróżdżką, a potem do wnętrza kuchni wpadła Emma, a zaraz za nią Czarny. Zrobiłosię przyjemnie tłoczno, kiedy weszli, roześmiani i rumiani od wiatru. Jimzaczął ziewać na moich kolanach, więc delikatnie go kołysałam.
- Przepiękniepachnie- powiedziała Emma, witając się z nami. Ginny i ja wymieniłyśmy porozumiewawczespojrzenia.
- No cojest?- zapytała.
- Ty nampowiedz…- uśmiechnęłam się.
- Dopieroweszłam, nie zdążyłam jeszcze niczego popsuć- odpowiedziała Emma. Miałam jąwłaśnie wyprowadzić z błędu i powiedzieć, że zdążyła już wsadzić rękaw w bitąśmietanę, ale Ginny mi przerwała.
- Dobra,dobra, nie udawaj, przecież to widać.
- Kleicie siędo siebie jak muchy- przewróciłam oczami, zdenerwowana, że Emma ciągle udaje,jakby nie wiedziała o czym mowię.- Oj, Matko, poraziło Ci neurony w płacieczołowym, czy co…?!
- Hermionachciała zapytać, jak się ma sytuacja z Czarnym- wyjaśniła Ginny.
- A jak masię mieć? Wszystko w porządku- odparła dyplomatycznie Emma.
- Emma, no…Przecież się przyjaźnimy…
- Na pierwszyrzut oka, fajny z niego facet, ale nic więcej nie mogę powiedzieć. Za mało sięznamy.
Skrzywiłam sięlekko. Nie po to tyle czasu tłumaczyłam Switchowi, czemu Emma jest dla niegoidealną partnerką, żeby teraz zadowolić się zdroworozsądkowym rozumowaniem.
- Nic niemów, wiem, mam sobie pozwijać zakręty w mózgu, bo mi się wyprostowały- Emmawyprzedziła moje myśli, ale jej nagły wybuch złości był dla mnie zupełnieniezrozumiały.
- Ty sama niewiesz, czego chcesz… - westchnęłam.
- Ostatniozarzuciłaś mi mizdrzenie się do Czarnego, zamiast zajmowanie się Twoimisprawami, a teraz, kiedy staram się spojrzeć na to realnie, też jesteś niezadowolona.Mam dosyć Twoich humorów! Zauważ, że też próbuję sobie jakoś ułożyć życie!
- No, no,dziewczyny, bez rodzicielskich kłótni, proszę- do kuchni wszedł Harry, objąłGinny w pasie i pogładził po główce syna- Tak w ogóle to dzień dobry, Emmo.Miło Cię widzieć.
- Co sięstało?- zapytał Ron, który w ręku ściskał takiego samego biszkopta jak Jim. Ztym, że w każdej ręce po jednym.
- Nictakiego, mała sprzeczka między dziewczynami- odpowiedział Harry, pochylając sięnad ciastem- Mogę się do niego dobrać, Kochanie?
- Oczywiście,macie ochotę?- zwróciła się do nas. Myśl o gorących jabłkach sprawiła, że natychmiast nabrałamochoty na miętę i biszkopta. Za to z rozbawieniem przyglądałam się, jak Czarnywyjada Emmie szarlotkę, kiedy ta rozmawiała z Harry’m. Widać już było rozweselające działanie alkoholu, bo normalnieprzyjaciółka by już wbiła mu w rękę widelec. Nie ma gorszej zbrodni niżpozbawianie Emmy szarlotki z cynamonem. Jim usnął w fotelu i Ginny wyniosła go do pokoju napiętrze. Po chwili od strony drzwi rozległo się pukanie, które przerwało naszewesołe rozmowy. Do środka wszedł Fred i od progu powiedział:
- O, Hermiono,przyszedłem Cię ostrzec, ale już zostałaś zaatakowana – kiwnął głową w stronęmojego brzucha. Uśmiechnęłam się i pomachałam mu ręką. – O kurczę, to nie jestefekt uboczny talentów kulinarnych Ginny! – dotarło do niego.
- To raczejefekt uboczny talentów Rona… - odezwał się Harry, ale dostał w głowę od Emmy.Scena ta rozbawiła Corveusza, który chichotał w kącie z Harry’m.
- Chciałemwas uprzedzić, że rodzice chcą was uszczęśliwić skrzatem domowym, ale właściwieto chyba wam się przyda… - Fred nie odrywając wzroku od mojego brzucha, zabrałEmmie z rak talerz z szarlotką i zaczął ją jeść. Oniemiała przyjaciółka nadęłasię jak balon i nałożyła sobie drugi kawałek ciasta, którym z kolei zwabiła dosiebie Switcha.
Czas mijałnieubłaganie szybko i zanim się zorientowałam, zegar wybił północ i trzeba byłosię pożegnać. Czarny ulotnił się pierwszy, wyciągając Emmę przed dom, żeby sięz nią pożegnać. Wymienili kilka słów, ale zanim zdążyłam zaobserwować cościekawego, Harry zganił mnie, za naśladowanie Petunii. Ron i ja powoli spacerowaliśmy w stronę domu.Owinęłam się ciaśniej długim swetrem i ścisnęłam mocniej jego dłoń. Szliśmy w milczeniu, głęboko oddychając.Jednak jutrzejszy wyjazd nie dawał mi spokoju. Podejrzewałam, że nic nie da mispokoju dopóki nie załatwię pewnych spraw.
Chłodny świtświetnie zgrał się z wizytą Dracona („ Może powinien się do nas wprowadzić!” –zirytował się Ron). Jego stalowe oczybyły lekko opuchnięte, widocznie nie spał najlepiej tej nocy. Musiałamprzyznać, że świetnie wyglądał w mugolskich ciuchach. Co prawda lepiej by było,gdyby nie miał na sobie atłasowej bluzki z żabotem i złotymi guzikami, aleudało mi się go przekonać, żewyśmienicie jej będzie pod grubym wełnianym swetrem. Ciekawe co powie, kiedyodkryje, że pozbawiłam go tej bluzki, a właściwie zastosowałam zaklęcietrwałego przylepca i kiedy zdejmie sweter – na zawsze pozbędziemy sięszkaradnego stroju. Siedział w kuchni, pijąc herbatę, podczas gdy ja krzątałamsię po domu, próbując znaleźć wszystkie części mojej garderoby. Do środkawszedł Czarny, któremu musiałam transmutować spódnicę w spodnie, bo widok jego włochatych nógnapawał mnie jedynie lękiem, że za chwile rzucą się na mnie te kudłate bestie.
Na lotnisku wLuton byliśmy dokładnie o czasie. Pilnowałam ciągle, żeby żadnemu z nich nie zachciałosię skonfudować strażnika i bez problemu przedostaliśmy się pod naszą bramkę. Usiadłamobok jakiejś starszej kobiety w bordowym swetrze. Obrzuciła nas spojrzeniem pełnympogardy i szturchnęła swojego męża łokciem, żeby powiedzieć cicho:
- PopatrzHenry, jakie to teraz czasy, że jedna dziewczyna z dwoma chłopcami. I to ciężarna!
- Uspokój się Izo, to nie jest nasza sprawa. –odpowiedział znudzonym głosem siwiejący jegomość i wrócił do czytania swojejgazety.
Malfoysięgnął po jedną z ulotek leżących nastoliku nieopodal i z zaciekawieniem przeglądał zdjęcia. Po chwili podsunął jąCzarnemu, żeby powiedzieć:
- Nie ruszająsię, widziałeś?! – wskazał na kolorowe fotografie koni. Przewróciłam oczami.Czarodzieje.
FascynacjaCzarnego i Dracona z jaką oddawali się swojemu pierwszemu lotowi samolotem skończyłasię dość szybko, a mianowicie przy pierwszych turbulencjach.
Jednak niezapomnę ich min, kiedy przelatując ponadchmurami pokrywającymi szczelnie nadlondyńskie niebo - zobaczyli słońce. Widokwschodzącego ponad szarą masą spienionych chmur, słońca , które na niebienajpierw tworzy delikatną tęczową poświatę, a potem coraz bardziej się wyłania,jest niemożliwy do zapomnienia. Ma sięwrażenie zupełnie innej czasoprzestrzeni. Świadomość, która rodzi się wgłowie- że niezależnie od wszystkiego, co widzimy – zawsze gdzieś nad namiświeci słonce, powoduje trwałą zmianę w sercu. Draco delikatnie ścisnął moją dłoń, a w kącikach jego oczu zalśniły łzy wzruszenia. Wszyscy troje wpatrywaliśmy się oniemiali wten piękny widok. W samolociepanowała cisza, z głośników sączyła siędelikatna, senna muzyka. Przymknęłam oczy tylko na sekundę…
* * *
Palące słońcedawało się we znaki każdemu z nas. Mimo że w Anglii również było lato, nikt znas nie spodziewał się takiego szokutemperaturowego. Zamknięty w klatce szczur dyszał ciężko.
- Może dać mutrochę wody? – zaproponowałam.
- Jakotworzysz klatkę, to będziemy musieli zrobić risotto a’la kanał podmiejski, dajspokój – wzruszył ramionami Czarny i ściągnął sweter. Wsiedliśmy do taksówki,która zabrała nas prosto do naszego hotelu.
Przy wejściuwisiały dwie wielkie klatki z kolorowymipapugami, które wdzięcznie witały się radośnie pokrzykując. Nasze walizkizostały dostarczone do pokój i mogliśmy wybrać się na zwiedzanie miasta. JednakCzarny postanowił pracować – wyciągnął różdżkę i kombinował, co by z niązrobić. Przewróciłam oczami, z walizki wyjęłam swoją siatkową torebkę irzuciłam zaklęcie zmniejszające na klatkę ze szczurem. Schowałam ją ostrożniedo środka i tak mając świadomość, że pewnie książki przewalające się wewnątrzboleśnie go doświadczą.
Wyszłam nazalaną słońcem ulicę Sydney. Po chwili dołączył do mnie Dracon, a zaraz zanim Corveusz. Blada skóra Malfoy’adrastycznie wyróżniała się na tle opalonych mieszkańców i roześmianych turystów. Mijając stragan z cytrusami, ktoś pozdrowił nas wesoło i powiedział do Dracona:
- Musi panzostać tak długo, aż się pan wtopi wtłum!
Pomachałam muręka i zaśmiałam się. Powoli szliśmy wzdłuż kolorowych straganów. Switch co jakiś czasdyskretnie pytał swoją różdżkę zaklęciem „wskaż mi”, udając, że gorączkowoprzegląda mapę. W końcu stanęliśmy przed śnieżnobiałą witryną „Willkins –dentysta to nie sadysta”. Zajrzałam przez okno i zatrzymałam się. Przy wysokimstole recepcyjnym siedziała moja mama. Zakładała za ucho pasmo gęstychbrązowych włosów i poprawiała okulary, które zsunęły się jej na koniec nosa.
- To tu?– zdziwił się Draco.
- Jesteśtutaj dla ozdoby? – zirytował się Czarny.
- Nie, dlatowarzystwa – Malfoy wykrzywił się w jego stronę. Panowie chwilę sięsprzeczali, ale nic już więcej nie słyszałam.
- Pan Moll,proszę – powiedziała uprzejmie kobieta w środku. Z krzesła w poczekalnipodniósł się powoli jakiś mężczyzna w średnim wieku i spojrzał na nią przestraszony. Zachęciła go gestem, żebywszedł do gabinetu i pocieszyła, że nie będzie bolało. Zerknęła w okno i naszespojrzenia się spotkały.
- Odsuń się! –Czarny pociągnął mnie za rękę.
- O co chodzi?– ocknęłam się.
- Osłabiaszmagię – fuknął i popchnął drzwi. Znaleźliśmy się w miejscu, w którym pachniałojak w domu w Anglii. Wszędzie unosiła się delikatna woń medykamentów. Zzazamkniętych drzwi dobiegało mnie ciche burczenie dentystycznego wiertła.Rozejrzałam się po wnętrzu przychodni. Na ścianie nad recepcją pomiędzylicznymi dyplomami wisiało zdjęcie czwórki dorosłych ludzi. Wszyscy bylijeszcze bladzi i stali na tle dworca Kings’ Cross. Zrobiłam to zdjęcie, kiedy wróciłam na świętaBożego Narodzenia i spędziłyśmy je z Emmą wspólnie, takie podwójne…
- W czym mogę państwu pomóc? – zapytała recepcjonistka. Dopiero teraz zwróciłamna nią uwagę. Uderzająco zielone oczy mojej przyjaciółki.
- PaniGarner!- wyrwało mi się.
- Słucham? –zaskoczona, uniosła brwi. Zerknęłam na jej plakietkę. – Danielle Tiffany.
-Przepraszam, musiałam panią z kimś pomylić. Czy możemy chwilę porozmawiać? –zapytałam uprzejmie. Danielle obdarzyła przeciągłym spojrzeniem obu moichtowarzyszy. Nie umknęło mojej uwadze, że przeciągłe spojrzenie, którymobdarzyła Corveusza było bardziej przeciągnięte.
- A na jakitemat?- zapytała uprzejmie. – Czy chciałaby pani skorzystać z naszych usług?
- Cóż… hm… nodobrze. – usłyszałam cichy syk niezadowolenia, który wydal z siebie Dracon.
- Panigodność?
- HermionaGranger…
Chwilędopełniałam formalności, aż w końcu usłyszałam:
- Pani doktorza chwileczkę się panią zajmie – uśmiechnęła się ciepło i spojrzała na mójbrzuch. – Niech się pani nie obawia.
Nie obawiałamsię, gdyż moje zęby były w idealnym stanie, ale ze zniecierpliwieniemoczekiwałam momentu, w którym Monika Willkins zaprosi mnie do siebie.
- Hermiono,jak chcesz to zrobić?
- Nie mamzielonego pojęcia – odpowiedziałam szczerze. – Ogłuszyć ich? Bez sensu. Zatrzymaj czas – poleciłam Draconowi.
- On możezatrzymać czas? – brwi Switcha powędrowały w górę.
- A myślałeś, ze jestem tu do ozdoby! –prychnął Dracon, zajadając się darmowymicukierkami wybielającymi zęby.
- Nie jedztego za dużo, bo to powoduje biegunkę – szepnęłam.
- Panna…Hermiona Granger! – rozległo się wołanie mojej mamy. Wstałam z miejsca iniepewnie weszłam do środka. Zajęłam miejsce na fotelu i miałam się odezwać,ale w moich ustach wylądował wielki ssak, a potem niezliczone ilości waty.
- Ma panipiękne zęby, chyba to tylko przegląd? – uśmiechnęła się do mnie, a mi z oczupopłynęły łzy. Kiedy uwolniła mnie od całego sprzętu, usiadłam przed nią nakrześle, różdżką zamknęłam drzwi.
- Czy my sięnie znamy? – przyjrzała mi się uważniej.
- Trochę sięznamy – wyciągnęłam różdżkę z rękawa.
- Co pani robi?
- Proszę sięnie denerwować . Petryficus totalus – szepnęłam, a Monika Willkins zastygła iwpatrywała się we mnie. Do środka wszedł Draco i Switch.
- Wszystkogotowe. Mamy mało czasu, Emma depcze nam po piętach – powiedział Czarny.
- Jakimcudem?
- To EmmaGarner, czemu szukasz cudu? – przewrócił oczami, a Draco do środka wprowadził Wendella Willinsa,Danielle i Freda Tiffanych. Wszyscy usiedli grzecznie na krzesłach. Z siatkowejtorebki wyjęłam klatkę ze szczurem. Corveusz zajął się jego odczarowywaniem. Po chwili obok mnie stał jeszcze jedenczarodziej. Niski, wychudzony i brudny człowiek, który wyglądał na zaczniestarszego niż był w rzeczywistości. W srebrnej dłoni trzymał różdżkę. Wzdrygnęłamsię na jego widok.
- WitajPeter, trochę zajęło nam znalezienie ciebie – uśmiechnął się Czarny.
- Mamy układ- odezwał się drżącym głosem.
- To akuratzależy od ciebie – powiedziałam spokojnie. – Siadaj Peter.
Kilka godzinpóźniej byliśmy zlani potem, a na twarzach moich rodziców pojawiło się kilka zmarszczek.
- Rzuciłyścienaprawdę silne zaklęcie – Peter ocierał z czoła pot.
- Więc mocno siępostaraj – Dracon poklepał go po ramieniu. – Śmiało.
Błysnęłosrebrne światło i po raz kolejny zaczęłam powoli opowiadać swoją historię.
- Hermiono! –mama rzuciła mi się na szyję. – Co z ojcem? – rozejrzała się.
- Ciąglepróbujemy – odpowiedziałam.
- Dziecko,czemu to zrobiłaś? – powiedziała spokojnie, głaszcząc mnie po głowie. Od
- Mamo,wszystko wam już wyjaśniłam – odparłam zmęczona. Napiłam się wody. Kilka godzin później nadalefekty były dość mizerne. Mama Emmyzaczęła sobie przypominać jakieś urywki, ale za chwilę znowu traciła wątek.
Moja mama,znowu Jane, siedziała na fotelu dentystycznym i przyglądała się nam zciekawością. Kiedy Peter rzucił ostatnie zaklęcie, dostrzegłam błysk w okumojego ojca.
- Dobrypanie! - na dźwięk tego powiedzonkamojego ojca, zerwałam się na równe nogi.
- Tato? –zapytałam, ale w odpowiedzi otrzymałam jedynie uścisk
- Jak tywyglądasz, dziecko… ile lat minęło? – zapytał przytomnie, przyglądając sięuważnie Draconowi.- Czy to nie ten ulizany zas…
- Trzy! –pospieszyłam z odpowiedzią.
- No ładnie… czemu zwlekałaś aż tyle?
- Potem będzieczas na rozmowę – uciszyłam go. Spojrzałam na zmęczonych rodziców Emmy. W ichoczach co jakiś czas pojawiał się cień zrozumienia, ale za chwilę gasł. W końcuzdecydowałam się na ostatni ruch.Wygrzebałam z torby moje notatki i niewielka fiolkę Verita Serum. Podałam im połyżce eliksiru i zajęłam miejsce Petera, który podszedł do okna zaczerpnąćświeżego powietrza. Zaczęłam szeptać zaklęcia jedno po drugim, aż w końcuskończyłam formułę. Spojrzałam na nich i myślałam, że wszystko stracone.
- Hermiono!Ależ ty wydoroślałaś! – powiedział nagle ojciec Emmy. – Spójrz kochanie,Hermiona Granger przyleciała po nas do Sydney. Na te słowa tęczówki pani Garnerzamigotały wszystkimi kolorami zieleni i zatrzymały się, gdy osiągnęły swójprawowity kolor.
Udało się.
Sprzątaniebałaganu wywołanego zatrzymaniem czasu zostawiłam aurorom, a sama zabrałam rodziców na obiad. Siedzieliśmywszyscy z zacisznym ogródku małej kawiarenki i próbowaliśmy deserów, które podawanotylko w tym jednym miejscu. Szczególnie przypadł mi do gustu jogurt miętowy zdodatkiem papryki. Ta dziwna preferencjanie uszła uwadze mojej mamy. Właśnie miałam jej odpowiedzieć, że poniekądwywodzi się to z potrzeb mojej małej czarownicy, kiedy usłyszałam znajomy głosdobiegający z wnętrza lokalu. W drzwiach pojawiła się… Emma Garner. Miałarozwiane włosy, na jej czole tkwiły wielkie ciemne okulary, a ona samawyglądała, jakby miała mi się za chwilę rzucić do gardła.
- HermionoJane Granger, lepiej żebyś miała dobrą wymówkę! – zaczęła zbliżać się do mnieniebezpiecznie szybko. Uśmiechnęłam się.
- Wymówkę mamświetną! – pomachałam jej ręką.
- Emmo!Mówiłam ci tyle razy, ze kwiaty na spódnicy przywołują pszczoły – spod parasolawyłoniła się pani Garner.
W domu moichrodziców było sterylnie czysto. Na fotografiach przywiezionych z Anglii znowupojawiła się moja piegowata twarz. Mama krzątała się w kuchni i złościła się, gdy pomagałam jej czarami.
- Jesteś moimgościem, udawaj mugola! – pouczyła mnie ze śmiechem, kiedy zaklęciem wprawiłamszklanki w wirujący taniec nad jej głową. – A ten blond przystojniak…
- Mamo –upomniałam ją, bo Draco kręcił się w okolicy, ewidentnie nudząc się i szukajączajęcia. Dostrzegłam nawet, jak ukradkiem podlewał paprotkę.
Mamaprzewróciła oczami i zasiedliśmy do stołu. Rodzice Emmy nieco zagalopowali sięw insynuacjach i prawie zaczęli nazywać Czarnego swoim synem, jednak przerwanoim dość drastycznie.
- A cóż to?!-pisnęła moja mama, wskazując na mój brzuch.
- A to jestmała czarownica w wielkiej czarownicy – powiedział sennie Dracon. – Powinien byćtaki gwiazdozbiór – uśmiechnął się i położył rękę na oparciu mojego krzesła.
- Och dzieci!– oczy mojej matki zaszkliły się łzami – Gratuluję!
Nie sądziłam,że to możliwe, ale Malfoy zrobił się jeszcze bardziej blady. Czarny parsknąłśmiechem i korzystając z ogólnego zamieszania, ukradł piklowane ogórki zsałatki Emmy. Rodzice nie wiedzieli na kogo mają najpierw patrzeć.
- Po kolei! –zarządziła mama Emmy.
- Hermionazna właściwą kolejność – uśmiechnęła się do mnie Emma i pokazała mi język.
- Popierwsze, chciałabym was zaprosić na mój ślub… - zaczęłam, a moja mama znowunie wytrzymała i pisnęła:
- Gratulujęcóreczko!
- Jane, dajedzieciakowi powiedzieć – odezwał się tato, który wpatrywał się w Draconapodejrzliwie.
- Bierzemyślub za tydzień… - ciągnęłam.
- Nie mogę! Ztym tutaj, przecież mówiłaś, ze toulizany du…
- TATO!
- Greg! –skarciła go moja mama. – Nie przejmuj się kochanie, on się przyzwyczai –obdarzyła Dracona dobrotliwym uśmiechem. Czarny mało nie spadł z krzesła ześmiechu, ale ponieważ Emma przyłapała go na grzebaniu w swoim talerzu, właśnie otrzymywał reprymendę. Tym samymzwrócili na siebie uwagę rodziców i padło pytanie:
- A wy,kochani? Już coś ustaliliście? – bystre oczy pani Garner utkwiły w Corveuszu,który zakrztusił się oliwką.
- Pracujemynad tym – uśmiechnął się szeroko. –Natomiast obecny tutaj Draco…
Malfoyuśmiechnął się niebezpiecznie, poprawił się na krześle i położył dłoń na moimbrzuchu.
- Niestety,ta mała czarownica nie jest moją - powiedział. Mój ojciec spojrzał na mniezdziwiony, a ojciec Emmy chrząknął znacząco.
- Obawiamsię, że nic nie rozumiem – powiedział w końcu. – Hermiona będzie miała dzieckoz innym? Taka mądra dziewczyna , a…
- Niech siępan nie zapędza z osądami – powstrzymał go w końcu Czary. - Hermiona będzie miała dziecko z Ronem.
- O!Właśnie!Wiedziałam, że kogoś mi brakowało – ucieszył się mój ojciec. – Jak to z Ronem?
- Też sięzdziwiłem – pokiwał głową Dracon.
- Dobra,spokojnie. Wszystko po kolei – zaśmiałam się. – Dracon to mój przyjaciel, niebierzemy ślubu. Ślub biorę z Ronem Weasley’em . Będziecie?
Wszyscypokiwali głowami jak w transie.
- No, torozumiem – uśmiechnęłam się zadowolona.
- A co zEmmą? – zainteresował się pan Garner.
- A Emma iten tutaj uroczy pan o imieniu Corveusz to całkiem nowa historia –powiedziałam, a Emma wyszeptała ciche „dziękuję!”. Co prawda Czarny już tak zaprzyjaźniłsię z mamą Emmy, że historia będzie musiała mieć swój ciąg dalszy. Mój tato przyglądałmi się nachmurzony, najwyraźniej nie do końca zadowolony z faktu, że zostaniedziadkiem i teściem i to w dodatku bez uprzedniej zaprawy wojskowej.
- A gdzie jest teraz ten cały Ron? I czemuprzyciągnęłaś tutaj tego faga… młodzieńca – wykrztusił. Czarny zatopił nos wszklance z sokiem, najwyraźniej cała ta scena setnie go bawiła.
- PanieGranger – zaczął złowrogo Dracon, ale pogładziłam go po dłoni. – przybyłem z pomocą, żeby mógł się pan cieszyć ze swojej powiększającejsię rodziny. Sądząc po rozpędzie Weasley’ów, wnucząt nie zabraknie panu nigdy.
- DziękiDracon – powiedziałam kwaśno.
Kiedy w końcuna stole zabrakło ciasta, Emma i Czarnyzerwali się ze swoich miejsc tak ochoczo, że bałam się, że przyniosą nie tylkodokładkę deseru ale i nowe pokolenieczarodziejów. Wrócili dość szybko. O dziwo bez ciasta, co zauważyła moja mama,a co wprawiło Emmę w nieziemskie zakłopotanie.
- To ta zmiana stref czasowych – bąknęła iudała zmęczoną.