Draco dormiens nunquam titillandus



Szapranina z pakowaniem chwilę trwała, bo Ron uparł się, że mam nawet palcem nie kiwać. Przypomniałam mu, że będę kiwała rózdżką, ale nawet nie 

chciał o tym słyszeć. 
- Musimy powiedzieć moim rodzicom!  - gorączkował się, wrzucając do kufra nasze ciuchy. - I Harremu! I Ginny! I ciekawe go na to Fred! To niesamowite... 

byłas już w Świętym Mungo? 
- Nie Ron, pójdę do mugolskiego lekarza.
- Co? - zastygł w pół ruchu. - Dlaczego?
- Bo chcę wiedzieć, czy dziecko jest zdrowe - odpowiedziałam spokojnie. 
- Ale jak to... w czym magowie, są gorsi od ... tychno...
- Ginekologów? HHm.... w technice? - uniosłam brwi.
- Ginny nie chodziłam do ginekomugoli - fuknął.
- A ja nie jestem Ginny - starałam się ciągle zachowywać spokój. - Ron, nie ty jesteś w ciąży, więc pozwól, że nie ty będziesz o tym decydował. 
- Jak w ogóle możesz tak mówić, to też moje dziecko!
- Zgoda, pójdę i do ginekologa i do maga, dobrze? 
- Po co do tego gekona?
- Na przykład po to, żeby wiedzieć czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka - uśmiechnęłąm się dobrotliwie. 
- To można?! - wytrzeszczył oczy. Zaśmiałam się. Teraz Ron roztrząsał zgubny wpływ sprzętu magicznego na dziecko. Zeszłąm po spiralnych schodkach. W salonie 

spotkałam Emmę, która czytała na głos Czarnemu fragmenty Horospoku z Proroka Codziennego. Oboje mało nie posikali się ze śmiechu. 
- Hermiono! Uważaj! Zgubny wpływ Saturna spowoduje, że powijesz rude dziecko - Czarny dławił się śmiechem. Rozweśmiałam się, mając w duchu nadzieję, że 

dziecko nie będzie tak płomienno rude. 
Emma i czarny odprowadzili nas do stacji w Hogsmeade i wsiedliśmy do Hogwarts Express. Psioczyłam na Rona całą drogę, że nie pozwala mi się teleportować. 

Przecież z Londynu to jeszcze pół dnia drogi.
- Masz tego gumochłona w Londynie to od razu będziesz mogła pójść! - odpowiedział. Zaczęłąm mu tłumaczyć, że to nie jest takie hop-siup, ale przestał mnie 

słuchać. Za oknem pojawiła się srebrna sowa. Wpuścił ją do środka, a ptak przysiadł nad moją głową. 
- Mówiłaś, że to Twoja sowa?
- Taak, pogłaskałam ptaka w nóżkę. 
- Ale ona nie przynosi żadnych listów. No i lata za tobą jak pies-  ptak kłąpnął dziobem z oburzeniem i złowrogo rozłożył skrzydła. 
- Spokój Pimpek - uciszył ptaka Ron. Sowa zahukała oburzona. Strasznie chciało mi się śmiać z tej sytuacji i wyobrażałam sobie minę Dracona Malfoya, którego 

ktoś nazwał Pimpkiem. 
W domu byliśmy późno w nocy. W ubraniu padliśmy na łóżko i nawet nie wiem kiedy zasnęłam. 
Rano obudził mnie delikatny zapach kawy. Zeszłam na dół. W kuchni było pełno słońca, a przez otwarte do ogrodu drzwi wbiegały gnomy. Spojrzałam na zawieszone 

na framudze dzwoneczki. 
- Lubię to miejsce - powiedziałam rozmarzona. - Nie chcę się przeprowadzać - objęłam się ramionami. 
- Nie przejmuj się, pracuję nad tym - Ron wskazał głową kilka książek rozłożonych na wielkim stole.
- Ron! Ty umiesz czytać! - od progu dobiegł nas głos Ginny. Za jej nogami plątał się mały James. Chciałam ogłosić dobrą nowinę mojej przyjaciółce, ale Ron 

pokręcił głową.
- Ginny! Chcemy wyprawić kolację przed ślubem. Zapraszamy rodziców i Emmę, wpadniecie? - uśmiechnął się. - Będzie gulasz cielęcy - nęcił ją.
- Jasne, że wpadniemy! Wpadniemy, prawda kochanie, tak? Gdzie jest ciocia, no gdzie? - Ginny bawiła się z Jamesem, który wskazywał na mnie palcem. 

Poglaskałam go po rozczochranej główce i wzięłam na ręce. 
- Mogę go u was zostawić? - Ginny już stawiała na podłodze torbę z zabawkami. 
- Ale my musimy na Pokątną... - jęknął Ron. 
- Jasne, że możesz! - powiedziałam i połaskotałam Jima pod bródką. - Ron, sam też trafisz.
Ginny krzyknęła "dziękuję!" i zniknęła między żywopłotem, żeby za chwilę z trzaskiem się deportować.
- Ale Hermiono! - spojrzał na mnie z wyrzutem Ron. 
- Też będziemy mieli takiego - wyszczerzyłam się. - Chciałam sobie trochę poćwiczyć! 
Ron roześmial się i pogłaskał mnie po plecach. Krzątał się w kuchni, co chwilę mrucząc pod nosem, że to niebywałe, że będzie miał dziecko, a potem wkroczył 

do kominka i zniknął w zielonych płomieniach.
W ogrodzie trawa delikatnie poruszała się od powiewów wiatru. Mały James drzemał w wózku, co chwilę zasysając wielkiego smoczka w kształcie znicza. Ja 

kiwałam się na ławce i co jakiś czas zerkałam do książki. 
- Nie ma go? - z płotu zeskoczył Dracon.
- Nie ma, ale ciebie też nie powinno tu być.
- Znalazłem - podał mi kartkę z adresem. Podniosłam się z miejsca i zarzuciłam mu ręce na szyję. 
- Nie powinnaś się tak obnosić, ze swoimi uczuciami, Granger - mruknął mi do ucha. Uśmiechnęłąm się. 
- Dziękuję Ci, dziękuję, dziękuję! Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy - powiedziałam cicho, odsuwając się od niego na długość ramienia. 
- Cieszę się, że zdążyliśmy, ale wiesz... to nie wszystko. Przesadziłaś trochę i może być nam potrzebny ktoś jeszcze. - Nachylił się do i wyszeptał mi do 

ucha imię. Ze zdziwienia opadła mi szczęka.
- Gdzie ja go znajdę? - przeczesałam palcami włosy. 
- Czarny już go znalazł - uśmiechnął się. - Kłopot w tym, że bylak nie chce współpracować, a teraz namiar jest nałożony na wszystkie niewybaczalne, więc nie 

mogę go przekonać, że to najlepsze wyjście. 
zasępiłam się. 
- Ale naważniejsze, że wiemy gdzie szukać - westchnęłam. - Tylko jak się tam dostaniemy? 
- Kto jak kto, ale ty powinnaś mieć pewien sposób - uśmiechnął się przegiegle Draco. Olśniło mnie. 
- Lecisz ze mną?- zapytałam. 
- A mam jakiś wybór? Tylko zrób to szybko, ja popilnuję... co to jest? - zajrzał do wózka. 
- James Potter.
- Jeszcze jeden?! Snape by się cieszył - zachichotał Dracon, wprowadzając wózek do wnętrza domu. Maly Jim lekko przekręcił się na swoim posłaniu i zacisnął 

rączkę na grzechotce w kształcie węża. Otworzyłam laptopa i połączyłam się z internetem. Różdżka leżąca na stole zawibrowała. 
- Jest zazdrosna - odpowiedziałam, ale Ślizgon mnie nie słuchał. Wpatrywał się z zainteresowaniem w monitor komputera. 
Uświadomiłam sobie, że przecież nigdy nie miał możliwości nauczenia się czegokolwiek o mugolach i ich świecie, więc komputer z dostępem do internetu po 

prostu go przerażał. Bał się nawet dotknąć klawiatury. 
- Zarezerwowałam bilety na... za trzy dni. Wcześniej nie da rady. Myślisz, że to wystarczy? 
- Ile ich mamy? 
- A ile ich potrzebujemy? - zapytałam. Dracon pogrążył się w liczeniu wpatrując się w zawartość dziecięcego wózka. Kiedy dwie minuty później nadal liczył - 

trochę się przestraszyłam, że przekroczy to możliwości finansowe mojej rodziny do piątego pokolenia na przód.
- Halo? 
- Przepraszam... czterech... on tak powinien robić? - z zaciekawieniem zajrzał do wózka. Jim ssał właśnie swój duży palec od nogi, wesoło przebierając w 

powietrzu drugą nóżką. Dracon włożył ręce do środka i wziął chłopca na ręce. Uniosłam brwi, a w tym samym momencie w kuchni pojawił się Harry. Skinął 

Malfoyowi głową, a potem dopiero jakby dotarło do niego, kogo Draco trzyma w objęciach.
- Właściwie, to co tu robisz? - zapytał, krzyżując ręce na piersiach.
- Zatrudniłem się jako niańka - przewrócił oczami Draco. - Masz tego wielkoluda - Podał mu Jamesa i pochylił się nad komputerem. Harry chwilę walczył z 

ciekawością, żeby zajrzeć mu przez ramię, ale ostatecznie wolał nie prowokować zachowań ryzykownych. Porozmawiał chwilę ze mną o posadzie w Hogwarcie (Ron 

nie wytrzymał i musiał coś wypaplać), a potem poszedł, prowadząc chwiejącego się Jima.
Drukarka zaburczała cicho, kiedy wypluwała cztery bilety na samolot. 
- Jak o tym powiesz komukolwiek? - zapytał mnie. Bardzo dobre pytanie.  Westchnęłam i rozejrzałam się po pokoju. 
- Nie ma możliwości, żebyśmy się uwinęli w jeden dzień, prawda? - wyszczerzyłam się. Pokręcił głową z politowaniem, zgiął arkusze papieru i schował je do 

kieszeni.
- Mam nadzieję, że wiesz co robisz.
- Mam nadzieję, że masz mugolskie ciuchy - odparłam. Jęknął i skrzywił się z odrazą. Zachichotałam. Pożegnaliśmy się, zanim w kominku błysnął zielony płomień 

i w kuchni zmaterializował się Ron. Zostaliśmy zupełnie sami. 
- Cześc kochanie - uśmiechał się promiennie. 
- Cześć kochanie - kiwnęłam mu głową. 
- Cześć kochanie - te słowa Ron skierował do mojego brzucha. Pocałował go delikatnie i przytulił się do niego policzkiem. Przeczesałam palcami jego rude 

włosy i uśmiechnęłam się do siebie. 
- Ron, muszę wyjechać na kilka dni - powiedziałam, naiwnie sądząc, że jeśli istnieje jakiś odpowiedni moment, żeby to zakomunikować, to jest to właśnie ta 

chwila. 
- A dokąd? - zapytał i zerknął w stronę otwartego komputera. Ron był nieco ciapowaty, ale jednak nie mogło umknąć mojej uwadze, że jest aurorem i to dość 

niekiepskim. Zdawałam sobie sprawę, że większość czasu woli po prostu nie wnikać w moje podejrzane aktywności ze sprzętem mugoslkim, ale tym razem chyba 

przesadziłam. Usiadł przy stole i gestem wskazał mi miejsce naprzeciwko siebie. 
- Sprawdziłem, wiem kim jest twoja sowa. Co chcesz mi powiedzieć - odezwał się po chwili. 
- Chciałabym powiedzieć ci bardzo wiele, ale musisz mi zaufać i poczekać, aż będę mogła to zrobić - na szczęście tego, nie musiałam mu tłumaczyć. Kiwnął 

powoli głową. Nie zadał już żadnego dodatkowego pytania, nawet cień wątpliwości nie przebiegł mu przez twarz, mimo tego, że na pewno był zazdrosny i 

zaniepokojony. Niczego takiego nie dał mi odczuć, kochany Ron. 
Na dworze zrobiło się chłodno i ciemne chmury zasłoniły ostatnie promienie zachodzącego słońca. Zamknęliśmy drzwi i sprzątaliśmy w kuchni, prawie się do 

siebie nie odzywając. Każe z nas w milczeniu rozstrzygało swoje problemy i wątpliwości, aż do chwili, gdy na kuchence znalazł się czajnik z wodą. Wtedy to, 

jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, rozległo się pukanie do drzwi i szumienie w kominku. Do kuchni władowali się przemoczeni Neville, Luna i 

Czarny, a z kominka wyłoniła się Emma  w towarzystwie Harry'ego i Ginny. 
- Eee... witajcie, może coś zjecie? - zaporponowałam gościom, którzy zupelnie nie czekając na zaproszenie rozsiedli się wokół wielkiego stołu. 
- Mówiłem, że Hermiona da nam jeść - odezwał się Neville, rozpinając pelerynę i susząc ją różdżką. Na stole wylądował wielki dzban z herbarą, Ron mieszał coś 

w garnku, a Emma grzebała nam w szafce, szukając ciastek. Klepnęłam ją w ramię i pogroziłam palcem.
- Nie przed kolacją - powiedziałam surowo.
- Dobrze mamusiu - poklepała mnie lekko po brzuchu. Zrobiła to dość dyskretnie, ale nie dość, jak dla Luny.
- O będziesz miała dziecko - powiedziała cicho. - Tak myślałam, bo gnębiwtryski od ciebie uciekają. Boją się - dodała sennie i zajęła miejsce koło Neville'a
- Kto będzie miał dziecko? - zapytał Harry, gryząc jabłko. 
- Ty - odpowiedziała mu Ginny wesoło. Harry zaśmiał się krótko i spojrzał na Lunę.
- Hermiona i Ron, przecież to widać - powiedziała, wzruszając lekko ramionami, a potem spojrzała mi prosto w oczy. - Chyba  to miał być sekret, prawda?
- Teraz już nie jest - uśmiechnęłam się szeroko. Ron westchnął z ulgą:
- W końcu mogę się pochwalić! 
W kuchni zapanowała konsternacja. Tylko Emma i Czarny wyjadali rodzynki z ciastek, kompletnie nieprzejęci sytuacją. Harry i Ginny co rusz patrzyli to na 

siebie, to na mnie. Neville wyglądał, jakby jeszcze zastanawiał się nad tą sytuacją, a  Luna wpatrywała się w mój brzuch, żeby za chwilę powiedzieć:
- Myślę, że to będzie córeczka.
- To będzie syn! - zaprotestował Ron. 
- Przykro mi ROn, może nastepnym razem- powiedziała Emma.
- Ty też przeciwko mnie?!
- Aura Hermiony mówi wyraźnie,  że to czarownica - poparła ją Luna. Powiedziała coś bardzo ważnego. To czarownica.Wszyscy rzucili się, żeby gratulować i 

podziwiać mój okrągły jak kawałek księżyca, brzuch. Ucieszyłam się i podałam na stół wielki talerz kanapek. Po chwili do wnętrza kuchni zawitał Krzywołap, 

niosący w pysku zdechłego szczura. Ron zabrał go na dwór, żeby wytłumaczyć mu elementarne zasady współżycia, a ja usiadłam na jego miejscu.
- Wiecie co...?
- Noo...? - zapytał Neville, przegryzając kanapkę małosolnym ogórkiem.
- Będę zastępcą dyrektora w Hogwarcie. 
- Noo... - mruknęli bez entuzjazmu. - A myślisz, że czemu tu jesteśmy? Przecież nie, dlatego że lubimy rozgotowane parówki - powiedział Neville. 


2011-07-22 00:35:50 skomentuj (0)


Desing by ME only for Sama-Swoja.blog.pl

Harry Potter Theme


return to School of Magic