Baby boom
Kiedy już pozbierałam się po pierwszym cięzkim szoku jakim była wiadomość o potomku Dracona, zaczęłam szykować się do wyjścia z domu. Całe szczęście, że ostatecznie Ron załatwił połączenie naszego domu z moim gabinetem w Hogwarcie, bo nie wiem jak bym się odnazała w nowej syutacji. Wylądowałam w środku przestronnego pokoju podzielonego regałami na dwa sektory. Jeden był bardziej oficjalny i stanowił centrum dowodzenia. To tu, po lewej stronie biurka leżała wielka księga i magiczne pióro, które było odpowiedzialne za rejestr wszystkich magicznie urodzonych dzieci. Na szczęście to zadanie w tym roku spoczywało na Flitwicku. Za wielkimi regałami wypełnionymi książkami znajdował się pokój relaksu. Stały tu wygodne brązowe sofy i stolik do kawy. W kącie było nawet miejsce dla Krzywołapa, który zwykle pojawiał się w Hogwarcie razem ze mną i mrucząc rozkładał się na środku biurka. Sprawdziłam listę Gryfonów przyjętych do mojego domu. Pogłaskałam się po brzuchu i wciągnęłam głęboko powietrze - to będzie pracowity rok.
Wyszłam na korytarz i po pokonaniu kilku zakrętów zjawiłam się w Wielkiej Sali. Prosiłam, żeby mój gabinet był najbliżej mojej klasy oraz Wielkiej Sali, ponieważ po pewnym czasie wchodzenie po schodach może być dla mnie ogromnym problemem. Oczywiście to tylko tymczasowe rozwiązanie. Usiadłam po prawej stronie McGonagall za stolem prezydialnym. Rozejrzałam się po zgromadzonych nauczycielach, na których twarzach malowało się bezkresne znudzenie.
Po kilku słowach powitania McGonagall przeszła do punktu pierwszego - wybór nauczyciela Obrony Przeciwko Ciemnym Mocom.
- Mam taką propozycję - odezwałam się po chwili namysłu. - Jakby podzielić naukę na dwa etapy również formalnie. To znaczy niech młodszą grupę, lata jeden-pięć uczy jeden nauczyciel, a drugą, owutemową drugi.
- Kogo pani proponuje?
- Emmę Garner jako nauczycielka zaaawansowanej Obrony - powiedziałam jednym tchem.
- Świetny pomysł, że też na to nie wpadłam... Ale czy panna Garner się zgodzi?
- Już moja w tym głowa - uśmiechnęłam się i zerknęłam na samonotujące pióro, które zapisywało przebieg zebrania.
- A co z nauczycielem młodszych lat?
- Mamy jednego kandydata, nazywa się Timothy - zerknęłam do notatek - Timothy Beagle, skończył Wyższą Szkołę Wolnomyślicielstwa w Californi.
- Amerykanin? - zdziwiła się profesor Sinistra.
- Na to wygląda - uśmiechnęłam się. - Jego referencje są dość obiecujące. Ma dwadzieścia sześć lat, ukończył wszystkie niezbędne kursy i pracował w Departamencie Przekleństw.
Odbyło się głosowanie, gdzie ustalono, że Timothy zostanie przyjęty na rok, na okres próbny. Niestety jeśli chodzi o lukratywny układ, udało mi się załatwić Emmie współdzielenie gabinetu i Wieży Wschodniej z paniczem Beagle. Pewnie nie będzie zbyt zadowolona.
Neville Longbottom został zgłoszony jako jedyny kandydat na nauczyciela Zielarstwa. Profesor Sprout mimo to wygłosiła porywającą mowę na temat jego umiejętności i talentu w pracy z roślinami. Wzruszyła mnie, aż chciałabym, żeby tego wszystkiego mógł wysłuchać. Kiedy zebranie się zakończyło, otoczyła mnie grupa nauczycieli, którzy gratulowali mi nowej posady i nowego dziecka (niektórzy myśleli, ze to już moje drugie). Wróciłam do mojego gabinetu z- Mam taką propozycję - odezwałam się po chwili namysłu. - Jakby podzielić naukę na dwa etapy również formalnie. To znaczy niech młodszą grupę, lata jeden-pięć uczy jeden nauczyciel, a drugą, owutemową drugi.
- Kogo pani proponuje?
- Emmę Garner jako nauczycielka zaaawansowanej Obrony - powiedziałam jednym tchem.
- Świetny pomysł, że też na to nie wpadłam... Ale czy panna Garner się zgodzi?
- Już moja w tym głowa - uśmiechnęłam się i zerknęłam na samonotujące pióro, które zapisywało przebieg zebrania.
- A co z nauczycielem młodszych lat?
- Mamy jednego kandydata, nazywa się Timothy - zerknęłam do notatek - Timothy Beagle, skończył Wyższą Szkołę Wolnomyślicielstwa w Californi.
- Amerykanin? - zdziwiła się profesor Sinistra.
- Na to wygląda - uśmiechnęłam się. - Jego referencje są dość obiecujące. Ma dwadzieścia sześć lat, ukończył wszystkie niezbędne kursy i pracował w Departamencie Przekleństw.
Odbyło się głosowanie, gdzie ustalono, że Timothy zostanie przyjęty na rok, na okres próbny. Niestety jeśli chodzi o lukratywny układ, udało mi się załatwić Emmie współdzielenie gabinetu i Wieży Wschodniej z paniczem Beagle. Pewnie nie będzie zbyt zadowolona.
Po zebraniu zostałam na chwilę, żeby porozmawiać z nauczycielami. Profesor Sprout bardzo się cieszyła, że teraz będzie mogła podróżować z mężem po świecie i kolekcjonować rośliny. Odchodzący na emeryturę nauczyciel Mugoloznawstwa na swoje miejsce już rok temu władował swego zięcia, więc tym razem odebrał tylko kwiaty i pożegnał się z innymi.
Wróciłam do swojego gabinetu, żeby zapoznać się z protokołem zebrania i podpisać go, kiedy do moich drzwi ktoś zapukał.
- Proszę - powiedziałam najabrdziej przyjaźnie jak mogłam. Drzwi otworzyły się z potwornym skrzypnięciem.
- Pani Hermiona Granger? - zapytał niepewnie osobnik przez szparę.
- Zgadza się, zapraszam - uśmiechnęłam się. Do środka wszedł wysoki, postawny mężczyzna. Opalony i uśmiechnięty, wyglądem przypominał aktora z filmu, który oglądałam jako mała dziewczynka - "Słoneczny Patrol". Miał tak niebieskie oczy, że nie mogłam skupić się na tym, czego mógłby on ode mnie chcieć. Jego jasnobrązowe włosy opadały na oczy, skręcając się w nonszalanckie loki. Robił wrażenie.
- Nazywam się Timothy Beagle - przedstawił się, kłaniając się w pas. Od razu wiedziałam, że to nie Emma będzie niezadowolona z faktu dzielenia czegokolwiek z Timothym. To Czarny dostanie zawału. Wskazałam gościowi miejsce przed moim biurkiem. Gdy siadał do mojego nosa dobiegł delikatny zapach świeżych ogórków i bergamotki. Pachniał równie interesująco, co wyglądał.
- Chciałem zapytać, czy dostałem te pracę? - uśmiechnął się czarująco, jakby nadal próbował ją sobie załatwić.
- Tak, został pan przyjęty na okres próbny, na rok. Właśnie miałam wysłać do pana sowę - wskazałam na rząd niewielkich sówek czakających na pergaminowe koperty.
Przez chwilę wyjaśniałam mu zasady zatrudnienia, kiedy do mojego gabinetu wpadła Emma, która wymachiwała jedną z takich kopert.
- Co to jest? - rzuciła mi papier na biurko i chciała usiąść na krześle, zajętym już przez Tima. Prawie jej się to udało, jednak ten w ostatniej chwili chrząknął.
- O jejciu! - pisnęła Emma. - Przepraszam! Pani dyrektor, przyjdę ci przegryźć gardło później - okręciła się na pięcie i wybiegła. Ponieważ sytuacja była absolutnie prześliczna nie uznałam za stosowne się z niej tłumaczyć i wróciłam do przerwanej rozmowy. Timothy, do którego ciągle zwracałam się "Panie Beagle", w końcu mi przerwał.
- Proszę mi mówic Tim, bo to będzie bardzo uciążliwe - uśmiechnął się, jakby chciał mi sprzedać pastę do zębów. Wyciągnęłam rękę przez stół.
- Hermiona.
- Miło mi. A więc jesteś tu dyrektorką... Musisz być wpływową kobietą.
- Zastępcą - poprawiłam go i wróciłam do omawiania zasad nauczania. Wręczyłam mu regulamin szkoły, Historię Hogwartu i plan zajęć. Przy wejściu zdjął sobie z szafki klucz do swojego gabinetu.
Gdy dopełniłam już wszystkich formalności, a do mojego pokoju nie wpadła już ani jedna więcej rozhisteryzowana wiedźma, przetransportowałam się za pomocą kominka do pustego domu.
Ron nie wrócił ani w ciągu jednego, ani dwóch dni. Dostałam od niego sowę, że zatrzymał się na chwilę w Muszelce u Billa i Fleur. Uśmiechnełam się do siebie, pamiętałam jak dzieci Bila uwielbiały Rona, a niedługo nie będzie miał tyle czasu na zabawę z nimi. Gdy przypinałam kartkę do ściany, do kuchni wszedł Dracon Malfoy. Spojrzałam na niego spokojnie i bez słowa machnęłam różdżką, żeby nastawic wodę.
Wysłuchałam jesgo historii na temat posiadania dzieci, których się nie spodziewało i podałam na stół ciasteczka. Właśnie miałam obśmiać jego wybór kretyńskiego imienia, kiedy na moim trawniku, kilka stóp od bijących wierzb aportował się rozwścieczony hipogryf. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że biegnący w moją stronę potwór to Emma. Szukałam w głowie sposobu, żeby przeprosić ją za to nieporozumienie z Hogwartem i zapewnić, że wcale nie musi się na to godzić, ale jej ogniste spojrzenie utkwione było w Draconie. Z jej różdżki trysnęły iskry. Zasugerowało mi to, że o ile nie chcę się dowiedzieć, co się robi z trupem, powinnam ratować Dracona.
- Wiedziałeś o tym! Musiałeś wiedzieć - rzuciła się do niego niemal z pazurami. Ponieważ spacyfikowana Emma zaczęłą płakać, gestem pozbyłam się Malfoya z kuchni. Po chwili przyjaciółka na przemian dławiąc się łzami i wybuchając złością, wyjaśniła mi jak zastała dziś rano Czarnego w objęciach Lany Malfoy.
Kołysałam ją delikatnie w ramionach, niezupełnie wiedząc co o tym wszystkim myśleć. Pocieszałam ją jakimiś banalnymi frazami i po pół godzinie, kiedy uznałam, że trochę się już uspokoiła i nie zabija - weszłam do domu, żeby zapytać Dracona o Lanę.
- Mógłbyś mi wyjaśnić od kiedy jesteś takim stróżem tajemnic? - dźgnęgłam go palcem w pierś.
- Co?
- Twoja urocza siostra Lana, podobno ma narzeczonego - uniosłam brwi.
- A, o to...
- A, więc jednak coś słyszałeś - pokiwałam głową, siląc na spokój, bo czułam jak moja mała czarownica próbuje przekoziołkować w moim brzuchu.
- Ale co miałem powiedzieć, że Czarny jest zaręczony z Laną?! - prawie krzyknął, ale jedno moje spojrzenie od razu go uciszyło.
- Nie widziałeś co się dzieje? - uszczypnęłąm go w ramię.
- Ale to farsa! - fuknął.
- Jaka farsa? - uniosłam brwi. Już miałam dowiedzieć się 'jaka farsa", gdy w kuchni pojawił się Czarny.
Próbowałam delikatnie zasugerować mu, że to nie jest najlepszy moment na wyjaśnienie czegokolwiek, ale było za późno. Po nieco mniej delikatnej sugestii ze strony Emmy, która nasłała na niego ptaszki Opugno, potulnie wrócił do kuchni i zajął miejsce przy stole.
- Ktoś mi coś wyjaśni, czy mam udać że mdleję? - zapytałam. Czarny i Draco wymienili spojrzenia.
- To skomplikowane... - zaczął Czarny.
- To milcz. Wolę jego wersję - kiwnęłam na Dracona.
- chodzi o to, że moi rodzice muszą wydać Lanę za mąż za kogoś z czarodziejskiego rodu, bo inaczej nie dostanie spadku! A został do wyboru Czarny i ... coż... Potter. No i Weasley, ale chwilowo wszysc są zajęci - westchnął.
- A czemu się do niego kleiła? - uniosłam brwi, siadając na krześle. Czułam, że ta sytuacja przekracza możliwości ludzkiego pojmowania.
- To już pytanie do Czarnego.
- Wróćiła z podróży do Afryki i dawno mnie nie widziała. Emma po prostu trafiła na zły moment! - westchnął. Mój wrodzony instynkt nadal kazał patrzeć na nich obu podejrzliwie, ale zdrowy rozsądek podpowiadał, że cała ta sytuacja mogła być jedynie zbiegiem okoliczności.
- Jasne, wszstkie zdradzone kobiety po prostu "trafiają na zły moment" - powiedziała przez nos Emma i bez słowa poszła na górę. Po chwili usłyszeliśmy, jak w łazience ktoś nalewał wody do wanny. Przetarłam dłońmi oczy i spojrzałam na nich ponownie.
- Jeszcze jakieś rewelacje? - zagadnęłam.
- Nasze dzieci będą razem w Hogwarcie! - uśmiechnął się Draco.
- Nasze też - do środka weszła Ginny. - Pukałam, ale nikt nie odpowiadał.
- A więc, to logiczne, że sobie weszłaś - dodał ironicznie Dracon. Ginny wykrzywiła się do niego i oznajmiła bez ceregieli:
- Potter zrobił mi drugie dziecko!
- Bo się porzygam - jęknął Draco.
- Jak ?
- Emm... Hermiono, sprawa jest taka, że plemnik...- zaczęła powoli Ginny.
- Nie o to pytam, idiotko! Jesteś w ciąży?! - uniosłam brwi tak wysoko, że aż sama się zdziwiłam.
- Tak! Jadę powiedzieć mamie! - i zniknęła w płomieniach.
- Jakiś sezon czy co? Kto się napił i wszystkie pozapładniał? - Czarny na chwilę odzyskał humor.
- To sobie jeszcze długo nie pozapładniasz - zaśmiał się Draco.
- Jak to? Żenie się z Twoją siostrą - powiedział niewinnie.
- Widocznie nie słyszałeś jeszcze rewelacji tygodnia - wzruszył ramionami. Czarny walnął go w blond czuprynę i ruszył na poszukiwania Lany.
Gdyby jednak nigdzie nie poszedł, znalazłby ją znacznie szybciej, albowiem pół godziny później pojawiła się w mojej kuchni. Trzeba było przyznać, że robiła wrażenie. Była prawdziwą pięknością. Gdyby nie ten jej zarozumiały wyraz twarzy. Tym razem jednak w jej oczach zobaczyłam coś innego. Uśmiechnęłą się do mnie lekko przestraszona i zapytała, czy może porozmawiać z Emmą. Draco wskazał jej miejsce za stołem.
- Zaraz... ale to nie z nim wzięlaś ślub, prawda? - spytała cicho.
- On tu tylko sprząta - uśmiechnęłam się. - Co cię tu sprowadza?
- Chciałam porozmawiać z Emmą. Muszę jej wyjaśnić. Ja nie wiedziałam, że ona i Czarny. Myślałam, że... no nie wiem co sobie myślałam.
- Czarny cię szukał - powiedziałam automatycznie i poczułam ulgę ze spełnionego obowiązku.
- Tak, wiem. Ale najpierw muszę wyjaśnic Emmie. Chociaż właściwie powinnam powiedzieć najpierw rodzicom, ale... no bo wychodzę za mąż, co nie?- przeciągnęła sylaby dokładnie tak jak Draco.
- Za Switcha?
- Nie, za Abdula! - pokręciła energicznie blond głową.
- Za co?
- Beduin. Czarodziej tak czystej krwi, że babka chciała mu ją wypić - uśmiechnął się Draco.
- Wiedziałeś o tym wszystkim i pozwoliłeś na takie sceny na moim trawniku? - zwróciłam się do niego z wyrzutem.
- Garner się za dwa dni uspokoi a będziemy jej to wypominać we wszystkie święta - zapiał zadowolony ze swojego diabolicznego planu.
- Jesteś ohydny! Jakie święta! Szlachetny Ród Malfoyów u Weasleyów na święta?
- Oj czepiasz się szczegółów!
Zaśmialiśmy się, ale znowu w nieodpowiednim momencie. Na schodach coś zgrzytnęło i miauknęło. Emma musiała nadepnąć na kota. Weszła do kuchni i potoczyła po wszystkich pełnym żalu spojrzeniem. W końcu utkwiła je we mnie i powiedziała powoli:
- Będę w poniedziałek w pracy, pani dyrektor - jej głos brzmiał chłodno jak listopad w Szkocji. Po chwili wlokąc za sobą szatę, aportowała się sprzed domu.
- Spotka Cię teraz gniew boży - westchnął Dracon, a Lana zaczęła się zbierać do wyjścia.
- Gdzie znajdę Czarnego?
- Tam gdzie on szukałby ciebie - odparłam tak mądrze, że aż sama się zdziwiłam. Właścicielka blond włosów zniknęła w kominku.
- Powinniśmy pobierać opłaty za korzystanie z naszego kominka i kupować za nie proszek Fiuu - powiedział Ronald wychodząc z kominka.- Czy to była Lana Malfoy?
- Tak - potwierdził Draco.
- O, to ty. A nie powinieneś zmieniać pieluch? - uśmiechnął się do niego Ron.
- Ty też niedługo będziesz zmieniał, zobaczysz jaka to frajda - uśmiechnął się lekko i wstał, żeby uścisnąć Ronowi dłoń.
- Co tu robisz, tak właściwie? - zagadnął Ron znad talerza zupy cebulowej.
- Ja, jak ja, ale działy się tu dzisiaj takie sceny, że będzież załował do końca życia, że nie wróciłeś dwie godziny temu - wyszczerzył się Draco. Wywiązała się między nimi dziwna rozmowa. Draco z przejęciem opowiadał Ronowi o tym co miało miejsce w naszym domu, a ja powoli wymknęłam się do salonu. Ułożyłam się na kanapie i dosłownie na chwilę przymknęłam oczy. W moich nogach ułożył się Krzywołap. Po chwili ktoś przykrył mnie ciepłym kocem i zapadłam w sen.
2011-08-08 00:51:56
skomentuj (1)
Wedding!
Wszystko było już zapięte na ostatni guzik. Moja mama upinała mi włosy komentując, że mam ich stanowczo za dużo, żeby można było zrobić z nimi coś sensownego. W końcu długie loki opadły mi na ramiona. Przejrzałam się w wielkim kryształowym lustrze. Biała suknia migotała tysiącami kryształków. Mama wpięłą mi we włosy srebrny diadem, który dostałam w prezencie od rodziców. Wydali fortunę na to cacko, wykonane przez gobliny. Przypomniał mi się diadem Roweny Ravenclaw. Na szczęście dla mnie, nie potrzebowałam wspomagaczy by posiąść wiedzę. Wsunęłam stopy w ręcznie szyte pantofelki. Mama powiedziała, że zostawi mnie teraz samą i poszuka ojca. Mieliśmy spotkać się na dole. Przyjrzałam się sobie w lustrze i uśmiechnęłąm się niepewnie. Materiał sukni układał się w taki sposób, żeby nie zdradzać zawartości mojego brzucha (o której to rodzice Rona mieli się dopiero dziś dowiedzieć). Wyszłam na chłodny korytarz i poprawiłam szal spływający mi na ramiona jak delikatna płachta srebrzystej mgły. Gdy schodziłam po schodach do Wielkiego Holu, ktoś złapał mnie za ramię i przeciągnął do maleńkiej klasy.
- Draco? - zdziwiłam się, ale chłopak mi nie odpowiedział.
Spojrzał mi prosto w oczy i ujął w dłonie moją twarz. Zanim zdążyłąm jakkolwiek zareagować pocałował mnie delikatnie. Stałam jak zamurowana, w dłoni ściskając bukiet błękitnych stokrotek. Otworzyłąm oczy i nie wiedziałam co powiedzieć. Na szczęście nie musiałam się długo zastanawiać:
- Hermiono, chcę, żebyś była szczęśliwa - wyszeptał, wciąż przyciskając swoją twarz do mojej w taki sposób, że każde słowo łaskotało mnie w usta. Zanim zdążyłam zareagować, srebrzysta sowa wyleciała przez uchylone okno.
- Hermiono! Pospiesz się, bo zaczniemy bez ciebie! - do komnaty wbiegła Emma. Wygląała zniewalająco, aż pozazdrościłam jej krótkiej sukienki. Wyszłam z nią i razem stanęłyśmy w drzwiach Wielkiej Sali. Tym razem pomieszczenie to wyglądało zupełnie innaczej. Zamiast stołów stały rzędy białych krzeseł, każde ozdobione dwoma małymi elfami, które podtrzymywały śnieżnobiałe kokardy. Po środku rozciągał się dywan w barwach Gryffindoru.
Wzdłuż przejścia aż do miejsca, w któym ustawiono mównicę dla Urzędnika Ministerstwa Zawierania Magicznych Kontraktów z Wydziału Prawa Czarodziejskich Umów i Składania Niedorzecznych Przysiąg, stały wazony błękitnych i turkusowych kwiatów. Gdy szłam po tym dywanie dostrzegłam, że na każdym z nich siedział ogromny, barwny motyl, którego skrzydła otwierały się i zamykały, zmieniając kolory aranżacji. Na końcu mojej drogi czekał na mnie Ron. Był blady jak papier i lekko się trząsł. W pobliżu łuku, na którym siedziały biało-złote gołębie, dostrzegłam rodziców Rona i moich. Mama i pani Weasley ocierały sobie nosy rękawami sukien.
Uśmiechnęłam się niepewnie i zatrzymałam tuż przy Ronie. Emma mijając mnie pogładziła mnie lekko po plecach, żeby dodać mi otuchy.
Gdy składaliśmy sobie przysięgę, że się nie opuścimy niezależnie od okoliczności i ilości przypalonych garnków, miałam dziwne wrażenie, które nie chciało mnie odstąpić ani na krok. Że na ustach ciągle czuję jakiś ślad Ślizgona. I co gorsze, że nie czułam z tego powodu wyrzutów sumienia.
Gdy zapadło wiążące zaklęcie, na serdecznym palcu i moim i Rona, pojawiły się obrączki, które do tej pory spoczywały bezpiecznie na atłasowej poduszce trzymanej przez Harry'ego.
Wszyscy zaczęli klaskać, a wrzawa ta spowodowała, że gołębie poderwały się do lotu. Zaraz za nimi pod zaczarowanym sklepieniem Wielkiej Sali zaroiło się od tęczowych motyli. To była magia podobna tylko do Corveusza. Rozległa się delikatna i lekka jak sen, muzyka skrzypiec.
Uśmiechnęłam się i w oczach stanęły mi łzy szczęścia. Goście rzucili się z gratulacjami i uściskami.
Białe krzesła zniknęły, zamiast tego pojawiły się długie stoły zastawione jedzeniem. Wyściskana i wycałowana usiadłam za stołem prezydialnym. Po mojej prawej stronie siedział Ron, po lewej Emma, która uśmiechała się do gości.Corveusz, który był świadkiem Rona zadzwonił widelcem w puchar, żeby uciszyć zgromadzonych. Goście zamilkli i wpatrywali się w niego z zainteresowaniem.
- Witam, witajcie... Szanowni goście, rodzice, przyjaciele państwa młodych... Gdy Ronald poprosił mnie, abym był świadkiem na jego ślubie w pierwszej chwili bardzo się zdziwiłem i chciałem odmówić. Jestem wojownikiem, nie wiem nic o ślubach, dzieciach i odpowiedzialności za drugą osobę. Gdy poznałem Hermionę, taką jaką znam dzisiaj, zacząłem rozumieć dlaczego można chcieć się ożenić. Gdy do nich wpadam, zawsze mają ciastka i nigdy się nie dziwią, ile mogę ich zjeść - goście wybuchnęli śmiechem. - Z każdym dniem naszej przyjaźni zdawałem sobie sprawę, że życie we dwoje to nie tylko dobre jedzenie, bo inaczej Hermiona by się długo nie utrzymała. To musi być coś więcej i mam wrażenie, że sam też dowiem się co to, prędzej niż później - przerwał na chwilę. Nabrał powietrza i chyba miał powiedzieć coś jeszcze, ale głos mu się lekko załamał, więc podniósł kielich w górę: - Za Rona i Hermionę!
- Za Rona i Hermionę! - cichy pomruk przetoczył się przez salę. Rodzice Emmy zerkali na Czarnego z zainteresowaniem.
Kiedy wszyscy zaspokoili swój głód, przystąpiliśmy do zabawy. Według traycji, z których pobierałam korepetycje u pani Weasley, każdy musiał zatańczyć z panną młodą. Tym razem niestety byłam nią ja i po dwóch godzinach nie czułam już nóg ze zmęczenia. Kiedy uwolniłam się z muskularnych objęć Switcha, odnalzałam wzrokiem Rona. Udało nam się na chwilę uwolnić od gości, którzy właśnie robili wielkiego węża i tańczyli dookoła sali, lawirując między krzesłami i wymknęliśmy się. Bez słowa zbiegliśmy po schodach prowadzących do ogrodu pod zamkiem i skryliśmy się pomiędzy żywopłotami. Udało nam się znaleźć ławkę, co nie było takie proste, bo na dworze zrobiło się już zupełnie ciemno.
Usiedliśmy na niej, opierając się plecami o siebie. Nie musieliśmy nic mówić, z resztą sądząc po jego wymiętolonej szacie i rozchełstanej muszce, nikt nie miał na to ochoty.
Przymknęłam oczy i starałam się uświadomić sobie, że właśnie podjęłam życiową decyzję, którą tudno by było ewentualnie odwrócić. Przed oczami stanęła mi twarz Dracona, który złożył mi życzenia aby następnie nie pojawić się na ceremonii.
Ron sięgnął po moją dłoń i delikatnie pogładził ją kciukiem.
Spojrzałam na okna zamku. Wielka Sala promieniowała.
- Chciałabym być animagiem - odezwałam się nagle.
- A ja chciałbym być pająkiem.
- Co? Przecież nienawidzisz pająków - zdziwiłam się.
- Ale bolą mnie nogi, a jak masz osiem to pewnie się to zmęczenie rozkłada na osiem nóg - snuł Ron.
- Albo boli cię osiem nóg - powiedziałam. Roześmialiśmy się. Zza rogu wyszedł Harry.
- Tu jesteście! Wszyscy was szukają. Czekają na tort! - objął nas Harry. W tej samej chwili z przeciwnej alejki podbiegła do nas bosa Emma.
- Hej, gdzie masz buty, lasencjo? -wyrwało się Ronowi.
- Uciekły mi - odparła spokojnie. - Co to za spotkania beze mnie? - usiadła przed nami na trawie.
- My się tu nie spotykamy, my się tu spotkaliśmy - powiedział Harry dobitnie. Zachichotaliśmy. Gdzieś już to przecież kiedyś słyszeliśmy. Wciągnęłam głęboko powietrze.
Wymieniłyśmy z Emmą spojrzenia i uśmiechnęłyśmy się.
- Kto by pomyślał - powiedziała tylko i wstała. Podnieśliśmy się za nią. Całą czwóką ruszyliśmy w stronę zamku. Na środku Wielkiej Sali stał ogromny tort.
- Pokrojcie go z nami - zaproponowałam Emmie i Harry'emu. Przez twarz Emmy przebiegło coś dziwnego, jakby... wzruszenie?
Stanęliśmy dookoła piętrowego cukierniczego dzieła sztuki, które ozdobione było wielkim godłem Hogwartu.
- Zanim zaczniemy podnosić wam poziom cukru, podniesiemy wam trochę ciśnienie - powiedziałam, uśmiechając się. Wśród gości zapanowała cisza, słychać było tylko pojedyncze szepty.
- Ci którzy już wiedzą, mogą spokojnie nie słuchać - roztropnie powiedział Ron.
- Spodziewamy się pojawienia jeszcze jednego członka rodziny, który już jest tu z nami, ale nie może sam się przywitać. Dlatego ja zrobię to za nią. Moi drodzy, w grudniu wśród nas pojawi się Rose Berenica Weasley. Nie, nie jest to żadna zaginiona kuzynka - dodałam i pogłaskałam się po brzuchu. Pan Weasley pociągnął za rękaw panią Weasley, najwyraźniej chcąc się upewnić, czy dobrze wszystko zrozumiał, ale ona tylko machnęła ręką i podbiegła nas uściskać. Z rozpędu uściskała teź Harry'ego i Emmę.
Goście zaczęli klaskać, a my pośród tej wrzawy wbiliśmy noże w ciasto. Przyjemny zapach cytryny i mięty doleciał do mojego nosa.
- Tort z deszczem? - zdziwiła się Emma.
- Że co? - zaciekawiłam się.
- Nie, ja czuję suchą trawę - powiedział Harry.
- Pozwoliłem go sobie trochę ulepszyć - mruknął cicho Ron i podał Emmie talerzyk.
- Jest w nim eliksir miłości?
- Ale bardzo słaby!- tłumaczył się półgębkiem.
- W sensie, że słaby bo ty go zrobiłeś, czy słaby w sensie mocy ? - zainteresowałam się. Emma parsknęła śmiechem.
- Nigdy wam to nie przejdzie? - zapytała, rozdając gościom tort.
Zaczarowane sklpeienie zaczynało powoli okrywać się bladoróżową poświatą, gdy goście rozeszli się do swoich komnat. Zdjęłam buty i powlekłam się za Ronem do naszej sypialni. Zdązyłąm jedynie rozwiązać suknię i padłam na łóżko. Obok mnie leżał mój mąż, który był zbyt zmęczony, żeby sciągnąć cokolwiek więcej poza szatą wyjściową. Zaczęliśmy się śmiać.
- Nie wiem czemu noc poślubna jest taka istotna i jak ludzie są w stanie ją celebrować po takiej imprezie - powiedział, głaszcząc się po brzuchu.
- Ja też jestem padnięta - powiedziałam wyplatając niedbale z włosów gałązki fiołków.
- Jsa nie o tym... tak się najadłem - jęknął, podciągając pod brodę pled. Zaśmiałam się - cały Ron.
Następnego dnia spotkaliśmy się z gośćmi przy śniadaniu. Mój ojciec i ojciec Rona zaśmiewali się z czegoś donośnie i sądząc po minie mojej mamy, ciągle jeszcze tchnęli wspomnieniem butli rumu, którą skonsumowali. Mama Rona uścisnęła mnie, ale po chwili odepchnął ją George, żeby pogratulować mi imprezy. Uśmiechałam się serdecznie do wszystkich członków mojej nowej rodziny. Suknia, którą miałam tego dnia na sobie nie była już biała, ale złocista i przylegająca do ciała w taki sposób, że widoczna była moja ciąża.
Ostatni na śniadaniu pojawili się Emma i Czarny. Z ich min trudno było cokolwiek wyczytać, poza tym, że starali się udawać zdziwionych każdym podejrzeniem, że dla nich impreza nie skończyła się o świcie. Dawno nie widziałam Emmy takiej roześmianej.
Kilka dni po ślubie świat wróćił do normalności, tak bardzo, że kiedy pewnego poranka zeszłam do kuchni we własnym domu, spotkałam tam Czarnego i Emmę jedzących śniadanie. Nie byłam w stanie się nawet zdziwić.
- Może zrobić wam tosty? - zapytałam, przerywajac im jakąś niesamowicie interesująca rozmowę.
- Nie trzeba, dzięki - rzucił nonszalancko Czarny.
Uśmiechnęłam się i usiadłam z nimi przy stole.
- Nudzę się - wyznałam, czując na sobie spojrzenie Emmy.
- No to zrób coś dla siebie - powiedziała spokojnie i wiedziałam już, że ma dla mnie przygotowane zajęcie.
- Co na przykład? - uniosłam brwi.
- Zostań animagiem - wypaliła. Olśniło mnie i widocznie dało się to zauważyć, bo na twarzy Emmy pojawił się tryumfalny uśmiech. - Nie wpadłaś na to, co?
- Zupełnie nie!
- Pięć galeonów dla mnie - wyciągnęła rękę do Czarnego.
- Cholera, a miałaś być bystrzejsza - burknął Corv i wygrzebał z kieszeni kilka wielkich złotych monet.
- Przykro mi że cię rozczarowałam - pocałowałam podstawiony mi policzek i ze śmiechem wypiłam Emmie herbatę.
- Cynamon - skrzywiłam się i sięgnęłąm po kubek Switcha.
- Odradzam - powiedział i zabrał mi go z mojego zasięgu. Zamiast tego wstał i zaparzył mi moją ukochaną herbatę Earl Grey.
- Będę musiała iść do...
- biblioteki - dokończyła za mnie Emma stawiając przede mną brejowatą owsiankę. Podniosłam na nią wzrok.
- No co, tylko tyle umiem zrobić - powiedziała przepraszającym tonem. Podziękowałam jej skinieniem głowy i zabrałam się do jedzenia. Glutowata substancja rosła mi w ustach.
- Przepraszam, że was tak niegrzecznie zapytam, ale co tutaj robicie? - wymlaskałam, próbując grać na zwłokę jedząc to paskudztwo.
- Wpadliśmy na śniadanie, bo Ron poleciał łapać jakiegoś czarnoksiężnika, któremu wydaje się, że jest synem Voldemorta - wyjaśniła mi przyjaciółka.
- Co jest niedorzeczne, bo przecież nie miał on... odpowiedniego sprzętu - wyszczerzył się Corv.
- Cze... co?
- Któro?
- Voldemort, kiedy go pozbierali po bitwie okazał się nie być stuprocentowym mężczyzną - wyjaśnił.
- Czemu?
- Pewnie tak się przetransformował, że nie musiał.
- Ale może ten człowiek jest jego synem z czasów, kiedy jeszcze mógł... - odezwała się Emma.
- Taak i teraz postanowił pomścić śmierć tatusia? Emmo... proszę cię- Czarny przewrócił oczami. - Poza tym, umiesz sobie wyobrazić Riddle'a obcującego...eem... płciowo z czymkolwiek poza swoim wężem?
Gdy dotarł do nas pierwszy sens tych słów, mało nie położyłyśmy się ze śmiechu na stole.
Kiedy udało na się już odorobinę opanować, Emma spojrzała na mnie, otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć, a po chwili je zamknęła.
- O co chodzi?
- Nie wiesz może gdzie jest Draco? - zapytała, ale wiedziałam, że to pytanie jest zbyt niewinne.
- Nie widziałam go od dnia ślubu - odparłam zgodnie z prawdą.
- o, Malfoy wyjechał - wtrącił się Czarny, oblizując palec, który chwilę wcześniej władował mi do owsianki. Widziałam ile kosztuje go to, że nie wypluł ani kropli tej wstrętnej mazi.
- Jak to wyjechał? - zapytałyśmy jednocześnie. Poczułam się jak idiotka. Co prawda pocieszający był fakt, że Emma też tego nie wiedziała.
- No wyjechał... urodziło mu się dziecko. Scorpius - Czarny powiedział to takim tonem, jakby conajmniej Prorok Codzinny pisał o tym od miesiąca, a my tępe mugolki tego nie rozumiały.
- Dziecko?
- Hermiono... Ty się nie powinnaś dziwić - rzucił jadowicie.
- Ale przecież on nie miał żony... ani męża...
- Też się dziwiłem, że nie ma męża. Widocznie kiedyś przesadził z grzenym winem i powołał na świat małego różowiutkiego glutka - Switch wzruszył ramionami.
- Nie obchodzi mnie moment poczęcia - fuknęłąm, co Emmę rozbawiło prawie do łew.
2011-08-04 02:53:19
skomentuj (0)
Verita serum
To było spokojne, słoneczne przedpołudnie. Wiatr delikatniegrzechotał dzwonkami na werandzie. Bijące wierzby walczyły między sobą i cochwilę z trzaskiem spadała któraś gałąź.Od strony ogródka z warzywami słychać było ciche prychanie, Krzywołap znowupolował na gnomy. Wszystko otaczała auraciszy. Nic, poza sową przecinającą w biały dzień niebo, nie zapowiadałowydarzeń tego wieczoru. Na trawie miękko wylądował Dracon Malfoy. Skinął lekkogłową w stronę Rona, który czytał gazetę i wszedł za mną bez słowa do kuchni, żeby zabrać dwiemaleńkie walizki.
- Nie możesz użyć zaklęcia zmniejszającego? – zapytał poirytowany.
- Jak myślisz, ilu ludzi leci dwadzieścia godzin na drugikoniec świata bez bagażu?
- Nie wiem?- skrzywił się. – Co to za różnica?
- Nie chcemy się wyróżniać. Wystarczy, że trzeba byłozałatwić pozwolenie na to – kiwnęłam głowąw stronę klatki. – Chyba nie podobały mu się szczepienia i odpchlenie.
- Daj to – wziął ode mnie jeszcze klatkę, cmoknął mnie wpoliczek i zniknął w płomieniach, prawdopodobnie, żeby za chwilę pojawić się wMalfoy Manor.
Odwróciłam się. W drzwiach od ogrodu stał Ron i kręciłgłową.
- Kiedyś się dowiem, co kombinujesz, zanim to zrobisz? – uśmiechnął się lekko.
- Masz niewielkie szanse – mrugnęłam do niego okiem. Objęłamgo za szyję i przytuliłam się – Musisz i zaufać .
- Nie zostawiłaś miwyboru. Pewnie jakbym zaczął węszyć to skończyłbym jak ta koleżanka Cho, zjakimś pryszczatym napisem na czole.
- Myślę, że to byłaby interesująca atrakcja na ślubie - zaśmiałam się.
- Lecisz o której?
- Jutro rano. Dzisiaj podobno jemy niezapowiedzianą kolacjęu Ginny i Harry’ego.
- Co to znaczy niezapowiedzianą?
- To znaczy, ze Ginny i Harry nie mają o tym pojęcia – wyszczerzyłsię Czarny, wychodzący z kominka.
Uścisnął Ronowi dłoń i zajął się robieniem herbaty.
- Nie sądzisz, że ludzie traktują nasz dom trochę jak…hotel? – zagadnęłam Rona konspiracyjnym szeptem.
- Myślę, że zmusiło ich do tego twoje lenistwo i to, że nigdynie proponujesz drugiej herbaty, Hermiono – Ron poklepał mnie po ramieniu. –Ale nie wypominam ci!
Prychnęłam i z wyczekiwaniem wpatrywałam się w Corveusza grzebiącego nam w lodówce.
- Emma kupiła taką sukienkę, że majtki wam pospadają –powiedział nagle. Parsknęłam śmiechem.
- Skąd wiesz?
- Oj, zerknąłem może raz czy dwa – uśmiechnął się zagadkowo.
- Miało cię tam przecież nie być!- zdziwił się Ron.
- Ron, jaki jesteś drobiazgowy – Czarny zrobił sobie kanapkęobficie polaną majonezem i przystąpił do konsumpcji.
- Czy czekamy jeszcze na kogoś? – zapytałam.
- Na Malfoya- przełknął i zagryzł ogórkiem, którego właśnie wyłowił sobie z wielkiej beczki.
- Malfoy już był.
- Na serio?
- Na serio.
- I nie poczekał na mnie- jęknął płaczliwym tonem ichwytając jeszcze jednego ogórka na pożegnanie („Szeraszam, słabo karmi-om aurorów!”) – zniknął w płomieniach. Byłam pełna obaw, czy Proszek Fiuuzgadnie, że „’alfoy Amor” to domDracona, ale cóż… Nikt mu nie kazał kraść moich ogórków.
- Trochę wariat, co?- zwróciłam się do Rona, ale ten wyszedł już do ogrodu i wpatrywał się wniebo.
- Smoki dziś nisko latają… - powiedziałam z pełną powagizadumą.
- Nie, chodzi o to, że … Może byśmy uprzedzili Ginny o tym,że dzisiaj robi kolację dla połowy Zakonu?
Przewróciłam oczami i wysłałam do Ginny gołębia zwiadomością. Żałowałam, że nie nauczyła się obsługiwać telefonu. Wyciągnęłam zszafki mąkę i różdżką przywołałam zlodówki potrzebne mi produkty.
- O nie! Nie gotuj! – machał rękami Ron. – Nie zabijajdobrze zapowiadających się… auć!
Jajko wylądowało mu na głowie.
- Coś mówiłeś?- zamrugałam, uśmiechając się słodko.
- W czarodzieja!Jajkiem! – śmiał się, objął mnie w pasie i próbował wsadzić łapy do wiórekczekoladowych, które właśnie wysypywałam na blat.
* * *
- Ciasteczka! Hermiono, nie trzeba było – uśmiechnęła się złośliwieGinny i wpuściła nas do środka. – Bardzo śmieszne! -przedrzeźniałam ją.
- Hermiona! – Harry uścisnął mnie mocno i przywitał się zmoim brzuchem. – A co jeśli to będą bliźniaki?
- To jednego ci sprzedamy – powiedział Ron, klepiąc go po ramieniui porywając w objęcia Jima. Podrzucił go kilka razy pod sam sufit.
- Uważaj, żebyś się nie dowiedział, co było na podwieczorek –ostrzegła go Ginny, ale było już zapóźno. Zanosząc się od śmiechu rzuciłam mu pieluchę, żeby mógł wytrzeć plamę nakoszuli.
- Co tak pachnie? – zapytałam, rozglądając się po kuchni.
- Pieczeń.
- Z jabłkami?- zdziwił się Harry.
- Jaki ty czasami jesteś… - pokręciła głową Ginny i oparłabrodę o jego ramię. – To kto dzisiaj jeszcze przyjdzie?
- Chyba Emma i Corveusz – powiedziałam, mrugając porozumiewawczo do Ginny.
- Ach, rozumiem… - uśmiechnęła się tajemniczo i otworzyłapiekarnik, żeby polać ciasto jakimśdziwnym przezroczystym płynem.
- Co to? – zainteresowałam się zawartością buteleczki.
- Och, tego nauczył mnie Harry – uśmiechnęła się trochęzakłopotana. – Powąchaj.
- Przecież to … alkohol! Myślałam, że dolewasz tu jakiegośeliksiru miłości!
- Podobno to działa lepiej – wyszczerzyła się i zamknęładrzwiczki.
Koło moich nóg zakręcił się mały James. Wzięłam go na ręce iusiadłam pod oknem. Pokazywałam mu różne znaki na niebie, które rysowałamróżdżką, a potem do wnętrza kuchni wpadła Emma, a zaraz za nią Czarny. Zrobiłosię przyjemnie tłoczno, kiedy weszli, roześmiani i rumiani od wiatru. Jimzaczął ziewać na moich kolanach, więc delikatnie go kołysałam.
- Przepiękniepachnie- powiedziała Emma, witając się z nami. Ginny i ja wymieniłyśmy porozumiewawczespojrzenia.
- No cojest?- zapytała.
- Ty nampowiedz…- uśmiechnęłam się.
- Dopieroweszłam, nie zdążyłam jeszcze niczego popsuć- odpowiedziała Emma. Miałam jąwłaśnie wyprowadzić z błędu i powiedzieć, że zdążyła już wsadzić rękaw w bitąśmietanę, ale Ginny mi przerwała.
- Dobra,dobra, nie udawaj, przecież to widać.
- Kleicie siędo siebie jak muchy- przewróciłam oczami, zdenerwowana, że Emma ciągle udaje,jakby nie wiedziała o czym mowię.- Oj, Matko, poraziło Ci neurony w płacieczołowym, czy co…?!
- Hermionachciała zapytać, jak się ma sytuacja z Czarnym- wyjaśniła Ginny.
- A jak masię mieć? Wszystko w porządku- odparła dyplomatycznie Emma.
- Emma, no…Przecież się przyjaźnimy…
- Na pierwszyrzut oka, fajny z niego facet, ale nic więcej nie mogę powiedzieć. Za mało sięznamy.
Skrzywiłam sięlekko. Nie po to tyle czasu tłumaczyłam Switchowi, czemu Emma jest dla niegoidealną partnerką, żeby teraz zadowolić się zdroworozsądkowym rozumowaniem.
- Nic niemów, wiem, mam sobie pozwijać zakręty w mózgu, bo mi się wyprostowały- Emmawyprzedziła moje myśli, ale jej nagły wybuch złości był dla mnie zupełnieniezrozumiały.
- Ty sama niewiesz, czego chcesz… - westchnęłam.
- Ostatniozarzuciłaś mi mizdrzenie się do Czarnego, zamiast zajmowanie się Twoimisprawami, a teraz, kiedy staram się spojrzeć na to realnie, też jesteś niezadowolona.Mam dosyć Twoich humorów! Zauważ, że też próbuję sobie jakoś ułożyć życie!
- No, no,dziewczyny, bez rodzicielskich kłótni, proszę- do kuchni wszedł Harry, objąłGinny w pasie i pogładził po główce syna- Tak w ogóle to dzień dobry, Emmo.Miło Cię widzieć.
- Co sięstało?- zapytał Ron, który w ręku ściskał takiego samego biszkopta jak Jim. Ztym, że w każdej ręce po jednym.
- Nictakiego, mała sprzeczka między dziewczynami- odpowiedział Harry, pochylając sięnad ciastem- Mogę się do niego dobrać, Kochanie?
- Oczywiście,macie ochotę?- zwróciła się do nas. Myśl o gorących jabłkach sprawiła, że natychmiast nabrałamochoty na miętę i biszkopta. Za to z rozbawieniem przyglądałam się, jak Czarnywyjada Emmie szarlotkę, kiedy ta rozmawiała z Harry’m. Widać już było rozweselające działanie alkoholu, bo normalnieprzyjaciółka by już wbiła mu w rękę widelec. Nie ma gorszej zbrodni niżpozbawianie Emmy szarlotki z cynamonem. Jim usnął w fotelu i Ginny wyniosła go do pokoju napiętrze. Po chwili od strony drzwi rozległo się pukanie, które przerwało naszewesołe rozmowy. Do środka wszedł Fred i od progu powiedział:
- O, Hermiono,przyszedłem Cię ostrzec, ale już zostałaś zaatakowana – kiwnął głową w stronęmojego brzucha. Uśmiechnęłam się i pomachałam mu ręką. – O kurczę, to nie jestefekt uboczny talentów kulinarnych Ginny! – dotarło do niego.
- To raczejefekt uboczny talentów Rona… - odezwał się Harry, ale dostał w głowę od Emmy.Scena ta rozbawiła Corveusza, który chichotał w kącie z Harry’m.
- Chciałemwas uprzedzić, że rodzice chcą was uszczęśliwić skrzatem domowym, ale właściwieto chyba wam się przyda… - Fred nie odrywając wzroku od mojego brzucha, zabrałEmmie z rak talerz z szarlotką i zaczął ją jeść. Oniemiała przyjaciółka nadęłasię jak balon i nałożyła sobie drugi kawałek ciasta, którym z kolei zwabiła dosiebie Switcha.
Czas mijałnieubłaganie szybko i zanim się zorientowałam, zegar wybił północ i trzeba byłosię pożegnać. Czarny ulotnił się pierwszy, wyciągając Emmę przed dom, żeby sięz nią pożegnać. Wymienili kilka słów, ale zanim zdążyłam zaobserwować cościekawego, Harry zganił mnie, za naśladowanie Petunii. Ron i ja powoli spacerowaliśmy w stronę domu.Owinęłam się ciaśniej długim swetrem i ścisnęłam mocniej jego dłoń. Szliśmy w milczeniu, głęboko oddychając.Jednak jutrzejszy wyjazd nie dawał mi spokoju. Podejrzewałam, że nic nie da mispokoju dopóki nie załatwię pewnych spraw.
Chłodny świtświetnie zgrał się z wizytą Dracona („ Może powinien się do nas wprowadzić!” –zirytował się Ron). Jego stalowe oczybyły lekko opuchnięte, widocznie nie spał najlepiej tej nocy. Musiałamprzyznać, że świetnie wyglądał w mugolskich ciuchach. Co prawda lepiej by było,gdyby nie miał na sobie atłasowej bluzki z żabotem i złotymi guzikami, aleudało mi się go przekonać, żewyśmienicie jej będzie pod grubym wełnianym swetrem. Ciekawe co powie, kiedyodkryje, że pozbawiłam go tej bluzki, a właściwie zastosowałam zaklęcietrwałego przylepca i kiedy zdejmie sweter – na zawsze pozbędziemy sięszkaradnego stroju. Siedział w kuchni, pijąc herbatę, podczas gdy ja krzątałamsię po domu, próbując znaleźć wszystkie części mojej garderoby. Do środkawszedł Czarny, któremu musiałam transmutować spódnicę w spodnie, bo widok jego włochatych nógnapawał mnie jedynie lękiem, że za chwile rzucą się na mnie te kudłate bestie.
Na lotnisku wLuton byliśmy dokładnie o czasie. Pilnowałam ciągle, żeby żadnemu z nich nie zachciałosię skonfudować strażnika i bez problemu przedostaliśmy się pod naszą bramkę. Usiadłamobok jakiejś starszej kobiety w bordowym swetrze. Obrzuciła nas spojrzeniem pełnympogardy i szturchnęła swojego męża łokciem, żeby powiedzieć cicho:
- PopatrzHenry, jakie to teraz czasy, że jedna dziewczyna z dwoma chłopcami. I to ciężarna!
- Uspokój się Izo, to nie jest nasza sprawa. –odpowiedział znudzonym głosem siwiejący jegomość i wrócił do czytania swojejgazety.
Malfoysięgnął po jedną z ulotek leżących nastoliku nieopodal i z zaciekawieniem przeglądał zdjęcia. Po chwili podsunął jąCzarnemu, żeby powiedzieć:
- Nie ruszająsię, widziałeś?! – wskazał na kolorowe fotografie koni. Przewróciłam oczami.Czarodzieje.
FascynacjaCzarnego i Dracona z jaką oddawali się swojemu pierwszemu lotowi samolotem skończyłasię dość szybko, a mianowicie przy pierwszych turbulencjach.
Jednak niezapomnę ich min, kiedy przelatując ponadchmurami pokrywającymi szczelnie nadlondyńskie niebo - zobaczyli słońce. Widokwschodzącego ponad szarą masą spienionych chmur, słońca , które na niebienajpierw tworzy delikatną tęczową poświatę, a potem coraz bardziej się wyłania,jest niemożliwy do zapomnienia. Ma sięwrażenie zupełnie innej czasoprzestrzeni. Świadomość, która rodzi się wgłowie- że niezależnie od wszystkiego, co widzimy – zawsze gdzieś nad namiświeci słonce, powoduje trwałą zmianę w sercu. Draco delikatnie ścisnął moją dłoń, a w kącikach jego oczu zalśniły łzy wzruszenia. Wszyscy troje wpatrywaliśmy się oniemiali wten piękny widok. W samolociepanowała cisza, z głośników sączyła siędelikatna, senna muzyka. Przymknęłam oczy tylko na sekundę…
* * *
Palące słońcedawało się we znaki każdemu z nas. Mimo że w Anglii również było lato, nikt znas nie spodziewał się takiego szokutemperaturowego. Zamknięty w klatce szczur dyszał ciężko.
- Może dać mutrochę wody? – zaproponowałam.
- Jakotworzysz klatkę, to będziemy musieli zrobić risotto a’la kanał podmiejski, dajspokój – wzruszył ramionami Czarny i ściągnął sweter. Wsiedliśmy do taksówki,która zabrała nas prosto do naszego hotelu.
Przy wejściuwisiały dwie wielkie klatki z kolorowymipapugami, które wdzięcznie witały się radośnie pokrzykując. Nasze walizkizostały dostarczone do pokój i mogliśmy wybrać się na zwiedzanie miasta. JednakCzarny postanowił pracować – wyciągnął różdżkę i kombinował, co by z niązrobić. Przewróciłam oczami, z walizki wyjęłam swoją siatkową torebkę irzuciłam zaklęcie zmniejszające na klatkę ze szczurem. Schowałam ją ostrożniedo środka i tak mając świadomość, że pewnie książki przewalające się wewnątrzboleśnie go doświadczą.
Wyszłam nazalaną słońcem ulicę Sydney. Po chwili dołączył do mnie Dracon, a zaraz zanim Corveusz. Blada skóra Malfoy’adrastycznie wyróżniała się na tle opalonych mieszkańców i roześmianych turystów. Mijając stragan z cytrusami, ktoś pozdrowił nas wesoło i powiedział do Dracona:
- Musi panzostać tak długo, aż się pan wtopi wtłum!
Pomachałam muręka i zaśmiałam się. Powoli szliśmy wzdłuż kolorowych straganów. Switch co jakiś czasdyskretnie pytał swoją różdżkę zaklęciem „wskaż mi”, udając, że gorączkowoprzegląda mapę. W końcu stanęliśmy przed śnieżnobiałą witryną „Willkins –dentysta to nie sadysta”. Zajrzałam przez okno i zatrzymałam się. Przy wysokimstole recepcyjnym siedziała moja mama. Zakładała za ucho pasmo gęstychbrązowych włosów i poprawiała okulary, które zsunęły się jej na koniec nosa.
- To tu?– zdziwił się Draco.
- Jesteśtutaj dla ozdoby? – zirytował się Czarny.
- Nie, dlatowarzystwa – Malfoy wykrzywił się w jego stronę. Panowie chwilę sięsprzeczali, ale nic już więcej nie słyszałam.
- Pan Moll,proszę – powiedziała uprzejmie kobieta w środku. Z krzesła w poczekalnipodniósł się powoli jakiś mężczyzna w średnim wieku i spojrzał na nią przestraszony. Zachęciła go gestem, żebywszedł do gabinetu i pocieszyła, że nie będzie bolało. Zerknęła w okno i naszespojrzenia się spotkały.
- Odsuń się! –Czarny pociągnął mnie za rękę.
- O co chodzi?– ocknęłam się.
- Osłabiaszmagię – fuknął i popchnął drzwi. Znaleźliśmy się w miejscu, w którym pachniałojak w domu w Anglii. Wszędzie unosiła się delikatna woń medykamentów. Zzazamkniętych drzwi dobiegało mnie ciche burczenie dentystycznego wiertła.Rozejrzałam się po wnętrzu przychodni. Na ścianie nad recepcją pomiędzylicznymi dyplomami wisiało zdjęcie czwórki dorosłych ludzi. Wszyscy bylijeszcze bladzi i stali na tle dworca Kings’ Cross. Zrobiłam to zdjęcie, kiedy wróciłam na świętaBożego Narodzenia i spędziłyśmy je z Emmą wspólnie, takie podwójne…
- W czym mogę państwu pomóc? – zapytała recepcjonistka. Dopiero teraz zwróciłamna nią uwagę. Uderzająco zielone oczy mojej przyjaciółki.
- PaniGarner!- wyrwało mi się.
- Słucham? –zaskoczona, uniosła brwi. Zerknęłam na jej plakietkę. – Danielle Tiffany.
-Przepraszam, musiałam panią z kimś pomylić. Czy możemy chwilę porozmawiać? –zapytałam uprzejmie. Danielle obdarzyła przeciągłym spojrzeniem obu moichtowarzyszy. Nie umknęło mojej uwadze, że przeciągłe spojrzenie, którymobdarzyła Corveusza było bardziej przeciągnięte.
- A na jakitemat?- zapytała uprzejmie. – Czy chciałaby pani skorzystać z naszych usług?
- Cóż… hm… nodobrze. – usłyszałam cichy syk niezadowolenia, który wydal z siebie Dracon.
- Panigodność?
- HermionaGranger…
Chwilędopełniałam formalności, aż w końcu usłyszałam:
- Pani doktorza chwileczkę się panią zajmie – uśmiechnęła się ciepło i spojrzała na mójbrzuch. – Niech się pani nie obawia.
Nie obawiałamsię, gdyż moje zęby były w idealnym stanie, ale ze zniecierpliwieniemoczekiwałam momentu, w którym Monika Willkins zaprosi mnie do siebie.
- Hermiono,jak chcesz to zrobić?
- Nie mamzielonego pojęcia – odpowiedziałam szczerze. – Ogłuszyć ich? Bez sensu. Zatrzymaj czas – poleciłam Draconowi.
- On możezatrzymać czas? – brwi Switcha powędrowały w górę.
- A myślałeś, ze jestem tu do ozdoby! –prychnął Dracon, zajadając się darmowymicukierkami wybielającymi zęby.
- Nie jedztego za dużo, bo to powoduje biegunkę – szepnęłam.
- Panna…Hermiona Granger! – rozległo się wołanie mojej mamy. Wstałam z miejsca iniepewnie weszłam do środka. Zajęłam miejsce na fotelu i miałam się odezwać,ale w moich ustach wylądował wielki ssak, a potem niezliczone ilości waty.
- Ma panipiękne zęby, chyba to tylko przegląd? – uśmiechnęła się do mnie, a mi z oczupopłynęły łzy. Kiedy uwolniła mnie od całego sprzętu, usiadłam przed nią nakrześle, różdżką zamknęłam drzwi.
- Czy my sięnie znamy? – przyjrzała mi się uważniej.
- Trochę sięznamy – wyciągnęłam różdżkę z rękawa.
- Co pani robi?
- Proszę sięnie denerwować . Petryficus totalus – szepnęłam, a Monika Willkins zastygła iwpatrywała się we mnie. Do środka wszedł Draco i Switch.
- Wszystkogotowe. Mamy mało czasu, Emma depcze nam po piętach – powiedział Czarny.
- Jakimcudem?
- To EmmaGarner, czemu szukasz cudu? – przewrócił oczami, a Draco do środka wprowadził Wendella Willinsa,Danielle i Freda Tiffanych. Wszyscy usiedli grzecznie na krzesłach. Z siatkowejtorebki wyjęłam klatkę ze szczurem. Corveusz zajął się jego odczarowywaniem. Po chwili obok mnie stał jeszcze jedenczarodziej. Niski, wychudzony i brudny człowiek, który wyglądał na zaczniestarszego niż był w rzeczywistości. W srebrnej dłoni trzymał różdżkę. Wzdrygnęłamsię na jego widok.
- WitajPeter, trochę zajęło nam znalezienie ciebie – uśmiechnął się Czarny.
- Mamy układ- odezwał się drżącym głosem.
- To akuratzależy od ciebie – powiedziałam spokojnie. – Siadaj Peter.
Kilka godzinpóźniej byliśmy zlani potem, a na twarzach moich rodziców pojawiło się kilka zmarszczek.
- Rzuciłyścienaprawdę silne zaklęcie – Peter ocierał z czoła pot.
- Więc mocno siępostaraj – Dracon poklepał go po ramieniu. – Śmiało.
Błysnęłosrebrne światło i po raz kolejny zaczęłam powoli opowiadać swoją historię.
- Hermiono! –mama rzuciła mi się na szyję. – Co z ojcem? – rozejrzała się.
- Ciąglepróbujemy – odpowiedziałam.
- Dziecko,czemu to zrobiłaś? – powiedziała spokojnie, głaszcząc mnie po głowie. Od
- Mamo,wszystko wam już wyjaśniłam – odparłam zmęczona. Napiłam się wody. Kilka godzin później nadalefekty były dość mizerne. Mama Emmyzaczęła sobie przypominać jakieś urywki, ale za chwilę znowu traciła wątek.
Moja mama,znowu Jane, siedziała na fotelu dentystycznym i przyglądała się nam zciekawością. Kiedy Peter rzucił ostatnie zaklęcie, dostrzegłam błysk w okumojego ojca.
- Dobrypanie! - na dźwięk tego powiedzonkamojego ojca, zerwałam się na równe nogi.
- Tato? –zapytałam, ale w odpowiedzi otrzymałam jedynie uścisk
- Jak tywyglądasz, dziecko… ile lat minęło? – zapytał przytomnie, przyglądając sięuważnie Draconowi.- Czy to nie ten ulizany zas…
- Trzy! –pospieszyłam z odpowiedzią.
- No ładnie… czemu zwlekałaś aż tyle?
- Potem będzieczas na rozmowę – uciszyłam go. Spojrzałam na zmęczonych rodziców Emmy. W ichoczach co jakiś czas pojawiał się cień zrozumienia, ale za chwilę gasł. W końcuzdecydowałam się na ostatni ruch.Wygrzebałam z torby moje notatki i niewielka fiolkę Verita Serum. Podałam im połyżce eliksiru i zajęłam miejsce Petera, który podszedł do okna zaczerpnąćświeżego powietrza. Zaczęłam szeptać zaklęcia jedno po drugim, aż w końcuskończyłam formułę. Spojrzałam na nich i myślałam, że wszystko stracone.
- Hermiono!Ależ ty wydoroślałaś! – powiedział nagle ojciec Emmy. – Spójrz kochanie,Hermiona Granger przyleciała po nas do Sydney. Na te słowa tęczówki pani Garnerzamigotały wszystkimi kolorami zieleni i zatrzymały się, gdy osiągnęły swójprawowity kolor.
Udało się.
Sprzątaniebałaganu wywołanego zatrzymaniem czasu zostawiłam aurorom, a sama zabrałam rodziców na obiad. Siedzieliśmywszyscy z zacisznym ogródku małej kawiarenki i próbowaliśmy deserów, które podawanotylko w tym jednym miejscu. Szczególnie przypadł mi do gustu jogurt miętowy zdodatkiem papryki. Ta dziwna preferencjanie uszła uwadze mojej mamy. Właśnie miałam jej odpowiedzieć, że poniekądwywodzi się to z potrzeb mojej małej czarownicy, kiedy usłyszałam znajomy głosdobiegający z wnętrza lokalu. W drzwiach pojawiła się… Emma Garner. Miałarozwiane włosy, na jej czole tkwiły wielkie ciemne okulary, a ona samawyglądała, jakby miała mi się za chwilę rzucić do gardła.
- HermionoJane Granger, lepiej żebyś miała dobrą wymówkę! – zaczęła zbliżać się do mnieniebezpiecznie szybko. Uśmiechnęłam się.
- Wymówkę mamświetną! – pomachałam jej ręką.
- Emmo!Mówiłam ci tyle razy, ze kwiaty na spódnicy przywołują pszczoły – spod parasolawyłoniła się pani Garner.
W domu moichrodziców było sterylnie czysto. Na fotografiach przywiezionych z Anglii znowupojawiła się moja piegowata twarz. Mama krzątała się w kuchni i złościła się, gdy pomagałam jej czarami.
- Jesteś moimgościem, udawaj mugola! – pouczyła mnie ze śmiechem, kiedy zaklęciem wprawiłamszklanki w wirujący taniec nad jej głową. – A ten blond przystojniak…
- Mamo –upomniałam ją, bo Draco kręcił się w okolicy, ewidentnie nudząc się i szukajączajęcia. Dostrzegłam nawet, jak ukradkiem podlewał paprotkę.
Mamaprzewróciła oczami i zasiedliśmy do stołu. Rodzice Emmy nieco zagalopowali sięw insynuacjach i prawie zaczęli nazywać Czarnego swoim synem, jednak przerwanoim dość drastycznie.
- A cóż to?!-pisnęła moja mama, wskazując na mój brzuch.
- A to jestmała czarownica w wielkiej czarownicy – powiedział sennie Dracon. – Powinien byćtaki gwiazdozbiór – uśmiechnął się i położył rękę na oparciu mojego krzesła.
- Och dzieci!– oczy mojej matki zaszkliły się łzami – Gratuluję!
Nie sądziłam,że to możliwe, ale Malfoy zrobił się jeszcze bardziej blady. Czarny parsknąłśmiechem i korzystając z ogólnego zamieszania, ukradł piklowane ogórki zsałatki Emmy. Rodzice nie wiedzieli na kogo mają najpierw patrzeć.
- Po kolei! –zarządziła mama Emmy.
- Hermionazna właściwą kolejność – uśmiechnęła się do mnie Emma i pokazała mi język.
- Popierwsze, chciałabym was zaprosić na mój ślub… - zaczęłam, a moja mama znowunie wytrzymała i pisnęła:
- Gratulujęcóreczko!
- Jane, dajedzieciakowi powiedzieć – odezwał się tato, który wpatrywał się w Draconapodejrzliwie.
- Bierzemyślub za tydzień… - ciągnęłam.
- Nie mogę! Ztym tutaj, przecież mówiłaś, ze toulizany du…
- TATO!
- Greg! –skarciła go moja mama. – Nie przejmuj się kochanie, on się przyzwyczai –obdarzyła Dracona dobrotliwym uśmiechem. Czarny mało nie spadł z krzesła ześmiechu, ale ponieważ Emma przyłapała go na grzebaniu w swoim talerzu, właśnie otrzymywał reprymendę. Tym samymzwrócili na siebie uwagę rodziców i padło pytanie:
- A wy,kochani? Już coś ustaliliście? – bystre oczy pani Garner utkwiły w Corveuszu,który zakrztusił się oliwką.
- Pracujemynad tym – uśmiechnął się szeroko. –Natomiast obecny tutaj Draco…
Malfoyuśmiechnął się niebezpiecznie, poprawił się na krześle i położył dłoń na moimbrzuchu.
- Niestety,ta mała czarownica nie jest moją - powiedział. Mój ojciec spojrzał na mniezdziwiony, a ojciec Emmy chrząknął znacząco.
- Obawiamsię, że nic nie rozumiem – powiedział w końcu. – Hermiona będzie miała dzieckoz innym? Taka mądra dziewczyna , a…
- Niech siępan nie zapędza z osądami – powstrzymał go w końcu Czary. - Hermiona będzie miała dziecko z Ronem.
- O!Właśnie!Wiedziałam, że kogoś mi brakowało – ucieszył się mój ojciec. – Jak to z Ronem?
- Też sięzdziwiłem – pokiwał głową Dracon.
- Dobra,spokojnie. Wszystko po kolei – zaśmiałam się. – Dracon to mój przyjaciel, niebierzemy ślubu. Ślub biorę z Ronem Weasley’em . Będziecie?
Wszyscypokiwali głowami jak w transie.
- No, torozumiem – uśmiechnęłam się zadowolona.
- A co zEmmą? – zainteresował się pan Garner.
- A Emma iten tutaj uroczy pan o imieniu Corveusz to całkiem nowa historia –powiedziałam, a Emma wyszeptała ciche „dziękuję!”. Co prawda Czarny już tak zaprzyjaźniłsię z mamą Emmy, że historia będzie musiała mieć swój ciąg dalszy. Mój tato przyglądałmi się nachmurzony, najwyraźniej nie do końca zadowolony z faktu, że zostaniedziadkiem i teściem i to w dodatku bez uprzedniej zaprawy wojskowej.
- A gdzie jest teraz ten cały Ron? I czemuprzyciągnęłaś tutaj tego faga… młodzieńca – wykrztusił. Czarny zatopił nos wszklance z sokiem, najwyraźniej cała ta scena setnie go bawiła.
- PanieGranger – zaczął złowrogo Dracon, ale pogładziłam go po dłoni. – przybyłem z pomocą, żeby mógł się pan cieszyć ze swojej powiększającejsię rodziny. Sądząc po rozpędzie Weasley’ów, wnucząt nie zabraknie panu nigdy.
- DziękiDracon – powiedziałam kwaśno.
Kiedy w końcuna stole zabrakło ciasta, Emma i Czarnyzerwali się ze swoich miejsc tak ochoczo, że bałam się, że przyniosą nie tylkodokładkę deseru ale i nowe pokolenieczarodziejów. Wrócili dość szybko. O dziwo bez ciasta, co zauważyła moja mama,a co wprawiło Emmę w nieziemskie zakłopotanie.
- To ta zmiana stref czasowych – bąknęła iudała zmęczoną.
2011-07-24 23:10:36
skomentuj (0)
Draco dormiens nunquam titillandus
Szapranina z pakowaniem chwilę trwała, bo Ron uparł się, że mam nawet palcem nie kiwać. Przypomniałam mu, że będę kiwała rózdżką, ale nawet nie
chciał o tym słyszeć.
- Musimy powiedzieć moim rodzicom! - gorączkował się, wrzucając do kufra nasze ciuchy. - I Harremu! I Ginny! I ciekawe go na to Fred! To niesamowite...
byłas już w Świętym Mungo?
- Nie Ron, pójdę do mugolskiego lekarza.
- Co? - zastygł w pół ruchu. - Dlaczego?
- Bo chcę wiedzieć, czy dziecko jest zdrowe - odpowiedziałam spokojnie.
- Ale jak to... w czym magowie, są gorsi od ... tychno...
- Ginekologów? HHm.... w technice? - uniosłam brwi.
- Ginny nie chodziłam do ginekomugoli - fuknął.
- A ja nie jestem Ginny - starałam się ciągle zachowywać spokój. - Ron, nie ty jesteś w ciąży, więc pozwól, że nie ty będziesz o tym decydował.
- Jak w ogóle możesz tak mówić, to też moje dziecko!
- Zgoda, pójdę i do ginekologa i do maga, dobrze?
- Po co do tego gekona?
- Na przykład po to, żeby wiedzieć czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka - uśmiechnęłąm się dobrotliwie.
- To można?! - wytrzeszczył oczy. Zaśmiałam się. Teraz Ron roztrząsał zgubny wpływ sprzętu magicznego na dziecko. Zeszłąm po spiralnych schodkach. W salonie
spotkałam Emmę, która czytała na głos Czarnemu fragmenty Horospoku z Proroka Codziennego. Oboje mało nie posikali się ze śmiechu.
- Hermiono! Uważaj! Zgubny wpływ Saturna spowoduje, że powijesz rude dziecko - Czarny dławił się śmiechem. Rozweśmiałam się, mając w duchu nadzieję, że
dziecko nie będzie tak płomienno rude.
Emma i czarny odprowadzili nas do stacji w Hogsmeade i wsiedliśmy do Hogwarts Express. Psioczyłam na Rona całą drogę, że nie pozwala mi się teleportować.
Przecież z Londynu to jeszcze pół dnia drogi.
- Masz tego gumochłona w Londynie to od razu będziesz mogła pójść! - odpowiedział. Zaczęłąm mu tłumaczyć, że to nie jest takie hop-siup, ale przestał mnie
słuchać. Za oknem pojawiła się srebrna sowa. Wpuścił ją do środka, a ptak przysiadł nad moją głową.
- Mówiłaś, że to Twoja sowa?
- Taak, pogłaskałam ptaka w nóżkę.
- Ale ona nie przynosi żadnych listów. No i lata za tobą jak pies- ptak kłąpnął dziobem z oburzeniem i złowrogo rozłożył skrzydła.
- Spokój Pimpek - uciszył ptaka Ron. Sowa zahukała oburzona. Strasznie chciało mi się śmiać z tej sytuacji i wyobrażałam sobie minę Dracona Malfoya, którego
ktoś nazwał Pimpkiem.
W domu byliśmy późno w nocy. W ubraniu padliśmy na łóżko i nawet nie wiem kiedy zasnęłam.
Rano obudził mnie delikatny zapach kawy. Zeszłam na dół. W kuchni było pełno słońca, a przez otwarte do ogrodu drzwi wbiegały gnomy. Spojrzałam na zawieszone
na framudze dzwoneczki.
- Lubię to miejsce - powiedziałam rozmarzona. - Nie chcę się przeprowadzać - objęłam się ramionami.
- Nie przejmuj się, pracuję nad tym - Ron wskazał głową kilka książek rozłożonych na wielkim stole.
- Ron! Ty umiesz czytać! - od progu dobiegł nas głos Ginny. Za jej nogami plątał się mały James. Chciałam ogłosić dobrą nowinę mojej przyjaciółce, ale Ron
pokręcił głową.
- Ginny! Chcemy wyprawić kolację przed ślubem. Zapraszamy rodziców i Emmę, wpadniecie? - uśmiechnął się. - Będzie gulasz cielęcy - nęcił ją.
- Jasne, że wpadniemy! Wpadniemy, prawda kochanie, tak? Gdzie jest ciocia, no gdzie? - Ginny bawiła się z Jamesem, który wskazywał na mnie palcem.
Poglaskałam go po rozczochranej główce i wzięłam na ręce.
- Mogę go u was zostawić? - Ginny już stawiała na podłodze torbę z zabawkami.
- Ale my musimy na Pokątną... - jęknął Ron.
- Jasne, że możesz! - powiedziałam i połaskotałam Jima pod bródką. - Ron, sam też trafisz.
Ginny krzyknęła "dziękuję!" i zniknęła między żywopłotem, żeby za chwilę z trzaskiem się deportować.
- Ale Hermiono! - spojrzał na mnie z wyrzutem Ron.
- Też będziemy mieli takiego - wyszczerzyłam się. - Chciałam sobie trochę poćwiczyć!
Ron roześmial się i pogłaskał mnie po plecach. Krzątał się w kuchni, co chwilę mrucząc pod nosem, że to niebywałe, że będzie miał dziecko, a potem wkroczył
do kominka i zniknął w zielonych płomieniach.
W ogrodzie trawa delikatnie poruszała się od powiewów wiatru. Mały James drzemał w wózku, co chwilę zasysając wielkiego smoczka w kształcie znicza. Ja
kiwałam się na ławce i co jakiś czas zerkałam do książki.
- Nie ma go? - z płotu zeskoczył Dracon.
- Nie ma, ale ciebie też nie powinno tu być.
- Znalazłem - podał mi kartkę z adresem. Podniosłam się z miejsca i zarzuciłam mu ręce na szyję.
- Nie powinnaś się tak obnosić, ze swoimi uczuciami, Granger - mruknął mi do ucha. Uśmiechnęłąm się.
- Dziękuję Ci, dziękuję, dziękuję! Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy - powiedziałam cicho, odsuwając się od niego na długość ramienia.
- Cieszę się, że zdążyliśmy, ale wiesz... to nie wszystko. Przesadziłaś trochę i może być nam potrzebny ktoś jeszcze. - Nachylił się do i wyszeptał mi do
ucha imię. Ze zdziwienia opadła mi szczęka.
- Gdzie ja go znajdę? - przeczesałam palcami włosy.
- Czarny już go znalazł - uśmiechnął się. - Kłopot w tym, że bylak nie chce współpracować, a teraz namiar jest nałożony na wszystkie niewybaczalne, więc nie
mogę go przekonać, że to najlepsze wyjście.
zasępiłam się.
- Ale naważniejsze, że wiemy gdzie szukać - westchnęłam. - Tylko jak się tam dostaniemy?
- Kto jak kto, ale ty powinnaś mieć pewien sposób - uśmiechnął się przegiegle Draco. Olśniło mnie.
- Lecisz ze mną?- zapytałam.
- A mam jakiś wybór? Tylko zrób to szybko, ja popilnuję... co to jest? - zajrzał do wózka.
- James Potter.
- Jeszcze jeden?! Snape by się cieszył - zachichotał Dracon, wprowadzając wózek do wnętrza domu. Maly Jim lekko przekręcił się na swoim posłaniu i zacisnął
rączkę na grzechotce w kształcie węża. Otworzyłam laptopa i połączyłam się z internetem. Różdżka leżąca na stole zawibrowała.
- Jest zazdrosna - odpowiedziałam, ale Ślizgon mnie nie słuchał. Wpatrywał się z zainteresowaniem w monitor komputera.
Uświadomiłam sobie, że przecież nigdy nie miał możliwości nauczenia się czegokolwiek o mugolach i ich świecie, więc komputer z dostępem do internetu po
prostu go przerażał. Bał się nawet dotknąć klawiatury.
- Zarezerwowałam bilety na... za trzy dni. Wcześniej nie da rady. Myślisz, że to wystarczy?
- Ile ich mamy?
- A ile ich potrzebujemy? - zapytałam. Dracon pogrążył się w liczeniu wpatrując się w zawartość dziecięcego wózka. Kiedy dwie minuty później nadal liczył -
trochę się przestraszyłam, że przekroczy to możliwości finansowe mojej rodziny do piątego pokolenia na przód.
- Halo?
- Przepraszam... czterech... on tak powinien robić? - z zaciekawieniem zajrzał do wózka. Jim ssał właśnie swój duży palec od nogi, wesoło przebierając w
powietrzu drugą nóżką. Dracon włożył ręce do środka i wziął chłopca na ręce. Uniosłam brwi, a w tym samym momencie w kuchni pojawił się Harry. Skinął
Malfoyowi głową, a potem dopiero jakby dotarło do niego, kogo Draco trzyma w objęciach.
- Właściwie, to co tu robisz? - zapytał, krzyżując ręce na piersiach.
- Zatrudniłem się jako niańka - przewrócił oczami Draco. - Masz tego wielkoluda - Podał mu Jamesa i pochylił się nad komputerem. Harry chwilę walczył z
ciekawością, żeby zajrzeć mu przez ramię, ale ostatecznie wolał nie prowokować zachowań ryzykownych. Porozmawiał chwilę ze mną o posadzie w Hogwarcie (Ron
nie wytrzymał i musiał coś wypaplać), a potem poszedł, prowadząc chwiejącego się Jima.
Drukarka zaburczała cicho, kiedy wypluwała cztery bilety na samolot.
- Jak o tym powiesz komukolwiek? - zapytał mnie. Bardzo dobre pytanie. Westchnęłam i rozejrzałam się po pokoju.
- Nie ma możliwości, żebyśmy się uwinęli w jeden dzień, prawda? - wyszczerzyłam się. Pokręcił głową z politowaniem, zgiął arkusze papieru i schował je do
kieszeni.
- Mam nadzieję, że wiesz co robisz.
- Mam nadzieję, że masz mugolskie ciuchy - odparłam. Jęknął i skrzywił się z odrazą. Zachichotałam. Pożegnaliśmy się, zanim w kominku błysnął zielony płomień
i w kuchni zmaterializował się Ron. Zostaliśmy zupełnie sami.
- Cześc kochanie - uśmiechał się promiennie.
- Cześć kochanie - kiwnęłam mu głową.
- Cześć kochanie - te słowa Ron skierował do mojego brzucha. Pocałował go delikatnie i przytulił się do niego policzkiem. Przeczesałam palcami jego rude
włosy i uśmiechnęłam się do siebie.
- Ron, muszę wyjechać na kilka dni - powiedziałam, naiwnie sądząc, że jeśli istnieje jakiś odpowiedni moment, żeby to zakomunikować, to jest to właśnie ta
chwila.
- A dokąd? - zapytał i zerknął w stronę otwartego komputera. Ron był nieco ciapowaty, ale jednak nie mogło umknąć mojej uwadze, że jest aurorem i to dość
niekiepskim. Zdawałam sobie sprawę, że większość czasu woli po prostu nie wnikać w moje podejrzane aktywności ze sprzętem mugoslkim, ale tym razem chyba
przesadziłam. Usiadł przy stole i gestem wskazał mi miejsce naprzeciwko siebie.
- Sprawdziłem, wiem kim jest twoja sowa. Co chcesz mi powiedzieć - odezwał się po chwili.
- Chciałabym powiedzieć ci bardzo wiele, ale musisz mi zaufać i poczekać, aż będę mogła to zrobić - na szczęście tego, nie musiałam mu tłumaczyć. Kiwnął
powoli głową. Nie zadał już żadnego dodatkowego pytania, nawet cień wątpliwości nie przebiegł mu przez twarz, mimo tego, że na pewno był zazdrosny i
zaniepokojony. Niczego takiego nie dał mi odczuć, kochany Ron.
Na dworze zrobiło się chłodno i ciemne chmury zasłoniły ostatnie promienie zachodzącego słońca. Zamknęliśmy drzwi i sprzątaliśmy w kuchni, prawie się do
siebie nie odzywając. Każe z nas w milczeniu rozstrzygało swoje problemy i wątpliwości, aż do chwili, gdy na kuchence znalazł się czajnik z wodą. Wtedy to,
jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, rozległo się pukanie do drzwi i szumienie w kominku. Do kuchni władowali się przemoczeni Neville, Luna i
Czarny, a z kominka wyłoniła się Emma w towarzystwie Harry'ego i Ginny.
- Eee... witajcie, może coś zjecie? - zaporponowałam gościom, którzy zupelnie nie czekając na zaproszenie rozsiedli się wokół wielkiego stołu.
- Mówiłem, że Hermiona da nam jeść - odezwał się Neville, rozpinając pelerynę i susząc ją różdżką. Na stole wylądował wielki dzban z herbarą, Ron mieszał coś
w garnku, a Emma grzebała nam w szafce, szukając ciastek. Klepnęłam ją w ramię i pogroziłam palcem.
- Nie przed kolacją - powiedziałam surowo.
- Dobrze mamusiu - poklepała mnie lekko po brzuchu. Zrobiła to dość dyskretnie, ale nie dość, jak dla Luny.
- O będziesz miała dziecko - powiedziała cicho. - Tak myślałam, bo gnębiwtryski od ciebie uciekają. Boją się - dodała sennie i zajęła miejsce koło Neville'a
- Kto będzie miał dziecko? - zapytał Harry, gryząc jabłko.
- Ty - odpowiedziała mu Ginny wesoło. Harry zaśmiał się krótko i spojrzał na Lunę.
- Hermiona i Ron, przecież to widać - powiedziała, wzruszając lekko ramionami, a potem spojrzała mi prosto w oczy. - Chyba to miał być sekret, prawda?
- Teraz już nie jest - uśmiechnęłam się szeroko. Ron westchnął z ulgą:
- W końcu mogę się pochwalić!
W kuchni zapanowała konsternacja. Tylko Emma i Czarny wyjadali rodzynki z ciastek, kompletnie nieprzejęci sytuacją. Harry i Ginny co rusz patrzyli to na
siebie, to na mnie. Neville wyglądał, jakby jeszcze zastanawiał się nad tą sytuacją, a Luna wpatrywała się w mój brzuch, żeby za chwilę powiedzieć:
- Myślę, że to będzie córeczka.
- To będzie syn! - zaprotestował Ron.
- Przykro mi ROn, może nastepnym razem- powiedziała Emma.
- Ty też przeciwko mnie?!
- Aura Hermiony mówi wyraźnie, że to czarownica - poparła ją Luna. Powiedziała coś bardzo ważnego. To czarownica.Wszyscy rzucili się, żeby gratulować i
podziwiać mój okrągły jak kawałek księżyca, brzuch. Ucieszyłam się i podałam na stół wielki talerz kanapek. Po chwili do wnętrza kuchni zawitał Krzywołap,
niosący w pysku zdechłego szczura. Ron zabrał go na dwór, żeby wytłumaczyć mu elementarne zasady współżycia, a ja usiadłam na jego miejscu.
- Wiecie co...?
- Noo...? - zapytał Neville, przegryzając kanapkę małosolnym ogórkiem.
- Będę zastępcą dyrektora w Hogwarcie.
- Noo... - mruknęli bez entuzjazmu. - A myślisz, że czemu tu jesteśmy? Przecież nie, dlatego że lubimy rozgotowane parówki - powiedział Neville.
2011-07-22 00:35:50
skomentuj (0)
Some secrets revealed
- Chcę do domu – powiedziałam, przytulając się do Rona.Objął mnie delikatnie i poklepał po plecach.
- Już się pakujemy… - pocałował mnie w ramię. – Co do..? –powiedział zdziwiony i wyjrzał przez okno.
Po błoniach Czarny szedł beztrosko z jedną ręką w kieszeni,a drugą od niechcenia lewitował Emmę do zamku.
- Co się stało?- spanikował Ron. – Potrzebuje lekarza?Ktoś ją zranił? Zasłabła?
- Uspokój się Ron, po prostu nic nie jadła – powiedział spokojnieCzarny. – Nic jej nie będzie.
Poszliśmy za nim do wieży, a po drodze przyłączyła się do nas jeszcze McGonagall zaniepokojona stanemEmmy. Położyliśmy ją na kanapie, a Czarny położył jej na czole chłodny okład. Uniosłambrwi – jakiż przejaw ludzkiego odruchu! Zaczęliśmy przyciszonymi głosamirozmawiać o tym, co się mogło stać, kiedy na oknie wylądowała stalowoszarasowa. Ron zmarszczył brwi i starał się przegonić ptaka, który przybył bezżadnej wiadomości.
- Ron, to moja sowa – powiedziałam, a ptak kłapnął dziobemzłowrogo i przefrunął na oparcie mojego fotela.
- Nie wiedziałem, że masz sowę – zdziwił się nieco zagłośno. I Emma poruszyła się, aż spadł jej z głowy ręcznik.
- Co się stało? – zapytała, a ja natychmiast stanęłam nadjej głową, żeby poprawić okład, to samo chciał zrobić Czarny i nadziałam sięboleśnie na jego łokieć. Posłał mi krótkie przerażone spojrzenie i rzuciłsię ratować Emmę.
- Zemdlałaś na błoniach, Czarny przylewitował cię dozamku - powiedziałam miękko.Przyjaciółka spróbowała wstać, alewielkie łapy Switcha przytrzymały ją w miejscu – Leżeć – powiedział czule.
Stałam chwilę bez ruchu, aż w końcu Ron pociągnął mnie zarękę – Chodź, poradzą sobie - powiedziałi zabrał mnie do naszej sypialni. Weszliśmy do pomieszczenia i znowu pojawiłsię między nami mur. Nabrałam powietrza, ale Ron przewrócił oczami i odsunąłsię ode mnie.
- O co chodzi? – zapytałam zdenerwowana.
- Ty mi powiedz, o co tobie chodzi! – krzyknął. Niewytrzymałam i zdjęłam z siebie szatę, tak, że teraz było dokładnie widaćwystający brzuch. Ron uniósł wysoko brwi, otworzył ze zdziwienia usta ipowiedział:
- Boże, ale przytyłaś!
- Sam przytyjesz pacanie, jestem w ciąży, rzuciłam w niegoszatą. Miałam ochotę go jednocześnie zbić i się roześmiać. Ronald zastygł w półruchu, łapiąc jedną ręką szatę. Do wielkich brązowych oczu napłynęły mu łzy, botak długo nie mrugał. Zupełnie jakby bał się, że gdy mrugnie, zniknę. A raczej –znikniemy.
- Ale jak to się stało? – zapytał idiotycznie.
- Mam ci tłumaczyć odpoczątku? – zacisnęłam usta. Zachichotał, ale nie odrywał wzroku od mojegobrzucha.
– Będę miał syna!
- Albo córkę – poprawiłam go.
- Co?
- Córka. Żeńska odmiana człowieka, coś ci świta?
- Ahaaa… te przemądrzałe i podzwaniające… - pokiwał głową zezrozumieniem. Roześmiałam się w końcu. - To dlatego chodziłaś taka wściekła! Musimy wszystkim powiedzieć! –zawołał i zbiegł po schodach. Zbiegłamzaraz za nim i pojawiłam się w pokoju wspólnym, gdy mój narzeczony krzyczał:
- Będę miał drużynę Quidditcha! – skakał w miejscu.
- Co? – Czarny uniósłsię znad wielkiego kubka, a na górnej wardze zostały mu piękne wąsy zespienionego mleka. – Ja też chcę!
- Zrób sobie! – Ron pokazał mu język.
- Ron, o czym ty mówisz? – Emma chyba myślała, że oszalała.
- Będę miał syna! Prawdziwego!
Zebrani powoli przenieśli wzrok z Rona na mnie i jeszcze razi jeszcze… Zapadła cisza. Zrobiłam w końcu minę „Proszę, udawajcie zaskoczonych!”i jakby.. załapali.
-Aha! Naprawdę?! – wykrzyknął sztucznie Czarny. Jak tomożliwe, że on jest aurorem… Pacnęłam się ręką w czoło.
Emma podbiegła, żeby mu pogratulować. Heeej, to ja tu jestemw ciąży z … no właśnie.
- A skąd wiesz, że to będzie syn?
- No właściwie to nie wiem, ale tak myślę. A nawet jak niebędzie, to w końcu kiedyś będzie! – cieszył się. Wyobraziłam sobie magicznątransformację płci i skrzywiłam się na samą myśl. Dopiero świdrujące spojrzenieCzarnego uświadomiło mi, co Ron miał na myśli. Już miałam coś powiedzieć, zaprotestować, czyteż chociażby przywalić my poduszką (znowu), kiedy Emma wypaliła:
- To kiedy się przeprowadzacie?
Zapadła cisza, w której Czarny musiał udawać, że wcale się zEmmy nie śmieje, schował się za jej plecami i symulował atak kaszlu.
- O co chodzi? – Ron niekrył zdziwienia. Wyglądał trochę tak, jakby miał za chwile dostać ataku serca.
- Nic takiego, Emmie się trochę wyrwało… McGonagall chce,żebym została jej zastępcą. Proponuje mi dwa razy taką pensję jak wMinisterstwie i dom w Hogsmeade – przygryzłam wargę, czekając na jego reakcję.
- Mielibyśmy się wyprowadzić z Doliny Godryka? Tutaj? Ale…tamten dom już… jest. I sam posadziłem Bijącą Wierzbę! Znaczy z Harrym… no ale…co? – Ron procesował. Nie wiedział za bardzo co się dzieje, ale widziałam jużpo jego minie, że się zgodzi.
Emma zaczęła się śmiać. Rozluźniłam się nieco i walnęłam sięna fotel, wyciągając przed sobą nogi. Położyłam obie dłonie na swoim wystającymbrzuchu i delikatnie pogładziłam małego człowieka, który jest wewnątrz. Chwilowo nieważne było, czyjest czarodziejem czy nie. Jest mój. Nasz.
Czarny tłumaczył Ronowi jak będzie wyglądało jego życie(znawca! Ojciec dzieciom! Mistrz złotej porady!), a ja spojrzałam na Emmę,która usiadła obok mnie na oparciu fotela i delikatnie położyła dłoń na moimbrzuchu.
- Będę ciocią! – uśmiechnęła się w końcu.
2011-07-20 23:52:31
skomentuj (0)
tytul nie moze byc pusty
- Emma przygldala mi się uważnie,
sądząc po jej wzroku błądzącym dookoła mojej sylwetki,
obserwowała, co się dzieje z moją aurą. Usiadłam naprzeciwko
niej i westchnęłam, nie wiedząc jak zacząć ani ile powiedzieć.
W końcu wyrzuciłam z siebie:
- McGonagall zaproponowała mi,
żebym została zastępcą dyrektora Hogwartu i uczyła tu
transmutacji.
- To wspaniale!- ucieszyła się
Emma.
- Nie jest to wcale takie wspaniałe,
jeśli się nad tym zastanowić – powiedziałam ostrożnie,
zastanawiając się, czy ten temat zajmie ją na tyle, żeby nie
dociekać więcej.
- Nie rozumiem – uniosła brwi.
- Chodzi o Rona. On lubi nasz dom w
Dolinie Godryka. Włożył w niego bardzo dużo pracy. Poza tym, tam
jest dużo cieplej niż tutaj, w Hogsmeade. Nie wiem, czy to dobry
pomysł...
- To wspaniały pomysł! -
powtórzyła Emma. Pokręciłam głową.
- Nie wiem czym się martwisz, Ron
pójdzie za tobą dokładnie wszędzie – uśmiechnęłą się.
- Ale ja się zupełnie nie nadaję
do opieki nad uczniami. Miałabym zajać miejsce McGonagall, no...
pomyśl sama, to niedorzeczne. Nie umiem nawet procenta tego co ona!
Jak mam uczyć ludzi! Od kilku dni czytam poradniki dla pedagogów i
podręczniki do transmutacji... - mówiłam coraz szybciej.
- Uspokój się! - przerwała mi
przyjaciółka. - Po pierwsze, porozmawiaj z Ronem.
- Nie wiem gdzie się podział.
- Cóż... mogę ci pomóc w
poszukiwaniach, ale ostrzegam, że chyba to nie jest najlepszy
moment.
- Nie rozumiem?
- Po prostu... Ron wyskoczył na
kilka piw. Znowu.
- Wzruszyłam ramionami, a tego Emma już
nie wytrzymała.
- Czy ty w ogóle chcesz wyjść za
niego ?
- Co to za pytanie? Oczywiście, że
tak!
- Nie wygląda na to – zacisnęłą
usta i czekałam tylko na przemowę od specjalistki od wychodzenia
za mąż.
- Mamy po prostu teraz trochę za
dużo wolnego – usprawiedliwiałam się, chociaż sama nie
wiedziałam dlaczego. - Muszę iść do sowiarni – wstałam z
miejsca i nie czekając na reakcję Emmy, przeszłam przez gobelin.
- W sowiarni było przenikliwie chłodno,
bo wiatr wpadał tu ze wszystkich stron. Sowy siedzace na żeredziach
poruszyły się z zainteresowaniem, ale ja rozglądałam się za
czymś innym. Srebrna sowa siedziała w kącie i wpatrywała się we
mnie wielkimi, stalowymi oczami. Kiwnęłam głową i po chwili stał
przede mną wysoki blondyn – Draco Malfoy.
- Witaj – uśmiechnął się do
mnie zmęczony.
- Dziękuję, że tu jesteś –
westchnęłam.
- Nie masz za co, tylko pamiętaj,
co mi obiecałaś. Mój ojciec i brat są znowu w Azkabanie –
powiedział spokojnie, przeciągająć sylaby jeszcze bardziej niż
zwykle.
- Nie mam na to wpływu.
- Ale będziesz miała podczas
przesłuchania mojego ojca.
- Niby jaki ? - zdziwiłam się.
- Emma Garner podała twoje
nazwisko. Nadal masz na nazwisko Granger, prawda ? - uśmiechnął
się złośliwie.
- Już niedługo.
- Ile mamy czasu? - zrobił krok w
moją stronę.
- Niecałe dwa tygodnie.
- To bardzo niewiele, biorąc pod
uwagę fakt, że ciągle jesteś tutaj.
- Podeszliśmy do okna i przez chwilę w
milczeniu przyglądaliśmy się zachodzącemu słońcu. Zerwał się
chłodny wiatr, który sprowadził ciemne, deszczowe chmury. Malfoy
położył mi rękę na ramieniu.
- Ktoś wie?
- Czarny.
- I co mówi? Może powinnaś
porozmawiać z kimś... no nie wiem, może z matką Rona?
- Nikt tego nie zrozumie –
wzruszyłam ramionami. - Można tylko czekać. McGonagall
zaproponowała mi posadę – odezwałam się po chwili.
- Wiem, sam jej to sugerowałem.
- To ona wie?
- Oczywiście, inaczej już by mnie
nie było ani tutaj, ani nigdzie.
- Emma by ci nie darowała –
zachichotałam.
- Wystarczająco wyżyła
się na Martinie. - powiedział posępnie. Wyciągnął z kieszeni
szaty pomięty peramin, który wyglądał jak ukradzione zeznania z
dzisiejszej rozprawy. - Ktoś wziął mnie za sowę – mrugnął
do mnie okiem. Przeczytałam zeznania przyjaciółki i skręciły mi
się kiszki. Wykorzystała różne sposoby, żeby umieścić Martina
za kratkami. Staliśmy w ciszy, zanim na schodach nie rozbrzmiał
dźwięk zbliżających się kroków. Osoba, do której one należały
była bez wątpienia Emmą, bo tylko ona w ten sposób stuka
obcasami.
- W jednej chwili Dracon przemienil się w sowę i
pochukując cicho, usiadł mi na przedramieniu. Głaskalam srebrne
pióra ptaka, mówiąc do niego przyciszonym głosem. Wyjłam z
kieszeni szaty kawałek pergaminu i napisałam wszystko to, czego
nie zdążyłam powwiedzieć. Drzwi drgnęły, pchnięte przez kogoś
od zewnątrz, a w tym samym momencie srebrna sowa odbiła się od
mojego ramienia i odleciała. Przez chwilę obserwowałam płynne
ruchy skrzydeł, ale ciche cmoknięcie wyrwało mnie z zamyślenia.
- Z kim rozmawiałaś?
- Z sową – uśmiechnęłam się.
- Mapa mówiła coś innego – Emma
potrząsnęła mi przed nosem Mapą Huncwotów. Ups...
- Zamilkłam, nie wiedząc zupełnie co
zrobić w tej sytuacji.
- Hermiono... czy ty masz romans? -
zapytała poważnie, patrząc mi uporczywie w oczy. Prawie się
roześmiałam, ale skoro wymówka sama do mnie przyszła...
- Ale... czemu tak sądzisz?
- Twoje dziwne zachowanie nie może
wiązać się tylko i wyłącznie z faktem, że przerasta cię myśl
o awansie. No i widziałam na mapie Dracona.
- Zrozum, to nie jest takie
proste... my...
- Nie uważasz, że Ron ma prawo o
tym wiedzieć?
- To nie jest jego sprawa. Ani twoja
– zezłościłam się. Przez okno dostrzegłam rozcinający niebo
snop światła.
- Czarny wrócił – kiwnęłam
głową.
- Ta rozmowa nie może się tak
kończyć – Emma zacisnęła usta. Przestąpiłam z nogi na nogę
i powiedziałam cicho.
- Zniknęłaś na pół roku, więc
nie oczekuj, że teraz opowiem ci wszystko ze szczegółami – w
moim głosie pojawiło się więcej wyrzutu, niż przypuszczałam.
Emma stała z otwartymi ustami i najwyraźniej nie wiedziała co
powiedzieć.
- Nie było cię, kiedy Ron mi się
oświadczył, ani kiedy kupowaliśmy dom. Nie miałam z kim o tym
porozmawiać, więc...
- Więc zwróciłaś się z tym do
swojego serdecznego przyjaciela Dracona, tak? - powiedziała Emma
nieco za głośno.
- Nie! Nie zwróciłam się z tym
do nikogo. Po prostu swoje sprawy zaczęłam załatwiać sama.
- A co z Ronem?
- Ron jest szczęśliwy tu, gdzie
jest – prychnęłąm niecierpliwie.
- Ron jest samotny!
- Tak? I wnioskujesz to po trzech
dniach umizgiwania się do Czarnego? - syknęłam.
- Nie poznaję cię, co się z tobą
stało! - pisnęła zdenerwowana.
- Zazgrzytałam zębami i cofnęłam się
o krok. Oddychałam głęboko, starając się uspokoić. Emma
podeszła do mnie i objęła mnie ramionami. Zacisnęłam mocno
powieki i powoli dochodziłam do siebie.
- Spokojnie, kochanie... powiedz mi
co się stało? Czym się tak martwisz? - mówiła cicho, głaszcząc
mnie po głowie.
- Nie mogę ci powiedzieć –
powiedziałam cicho.
- Ma to jakiś związek z moją
pracą ? - jej uscisk lekko się rozluźnił.
- Nn-no nie...
- To możesz powiedzieć mi wszystko
– poklepała mnie po plecach delikatnie.
- Jestem w ciąży – pociągnęłąm
nosem. Emma zamilkła, chyba takiej odpowiedzi spodziewłaby się
najmniej. Westchnęłąm i odsunęłąm się od niej. W milczeniu
wyszłyśmy z sowiarni i usiadłyśmy w wykuszu okiennym kilka
pięter niżej. Milczenie stawało się coraz głębsze i bardziej
uciążliwe. Emma co jakiś czas otwierała usta, żeby coś
powiedzieć, ale po chwili znowu je zamykała. W końcu wypaliła:
- Z Draco?
- Z miotłą, wiesz! Z Ronem –
rozpłakałam się.
- Nic nie rozumiem – odpowiedziała
spontanicznie i całkiem szczerze.
- Ron o niczym nie wie... ani o
dziecku, ani o awansie, ani o Draco...
- No ale co z tym Draco.
- Oj nic - machnęłam ręką. Nie
był to jeszcze czas na wyjaśnienia tej kwestii. - Po prostu...
martwię się... bo... co jeśli będzie mugolem? Charłakiem,
znaczy? Przecież może tak być, bo jestem z mugolskiej rodziny. I
co wtedy? I już zawsze będzie sfrustrowane i nieszczęśliwe, a
potem zgorzkniałe jak Filch? - mówiłam cicho, szybko i robiłam
mało przerw na oddech, więc zaciągnęłąm się powietrzem na
ostatniej sylabie, co tylko sprawiło, że efekt był jeszcze
bardziej żałosny. Emma siedziała z rozdziawioną miną i
przyglądała mi się, jakby mnie pierwszy raz na oczy zobaczyła.
Jej reakcja tylko jeszcze bardziej mnie pogrążyła.
- No nic... idę – podniosłam się
z miejsca. - Teraz muszę powiedzieć Ronowi, zanim ty to zrobisz –
ruszyłam przed siebie. Oddychałam głęboko i całą drogę
układałam w głowie co mu powiem.
- Kiedy stanęłam w drzwiach pokoju,
czyjeś ręce od razu mnie złapały od tyłu i przytuliły do
siebie. Mocne ramiona zacisnęły się wokół mnie i oparłam się
lekko o Rona. Dopiero zapach, który dotarł do mnie odrobinę za
późno zasugerował coś innego.
- Draco?!
- Przepraszam!
- Co ty... no co ty?! - otworzyłam
usta ze zdziwienia.
- Chciałem cię tylko pożegnać –
tłumaczył się głupio.
- Jest Ron? - przerwałam mu.
- U siebie. U was – poprawił się
widząc moje spojrzenie.
- Uciekaj stąd – pozwoliłam
pocałować się w czoło i obserwowałam jak Dracon wyskakuje przez
okno. Za pierwszym razem przerażało mnie to, jednak z czasem
przyzwyczaiłam się.
- Weszłam do sypialni. Ron leżał w
poprzek łóżka czytając jakiś magiczny przegląd sportowy.
Skierowałam się do łazienki, wzięłam długi prysznic i weszłam
do pokoju. Ron przekręcił się na drugi bok i udawał, że spi.
Dotknęłam lekko jego ramienia – Wszystko w porządku?
- Gdzie byłaś? - odwrócił się w
moją stronę.
- Rozmawiałam z Emmą.
- A może porozmawiasz ze mną? -
uniósł brwi i spojrzał na mnie z wyrzutem.
- O co ci chodzi? - usiadłam pod
kołdrą.
- Ty mi wytłumacz co się dzieje.
Bierzemy ślub, a tu wszystko się sypie. Prawie ze sobą nie
rozmawiamy. Ty cały dzień siedzisz w bibliotece. Ja nie chcę już
tu być – denerwował się coraz bardziej. Otworzyłam usta, żeby
coś powiedzieć, ale znow się odezwał – I jeszcze te twoje
tajemice z Czarnym. Myślałaś, że nie widziałam, jak rozmawiacie
cicho po kątach ? Jeszcze zanim Emma wróciła! Już w domu było z
tobą coś nie tak!
- Ron...
- No co masz do powiedzenia!
- Nie krzycz na mnie –
rozzłościłam się.
- Nie krzyczę, tylko mówię! -
wstałam z łóżka i wzięłam poduszkę. - Możesz mi wyjaśnić o
co ci chodzi?
- O nic mi nie chodzi. Dobranoc –
trzasnęłam drzwiami i zeszłam po schodach. W pokoju wspólnym na
szczęście kanapy się rozkładały. Nakryłam się grubym pledem,
który do tej pory leżał nieużywany i wtuliłam się w poduszkę.
Łzy leciały mi z oczu, ale nie czułam smutku.
- Następnego dnia przy śniadaniu nic
się nie zmieniło. Emma i Ron nadal się do mnie nie odzywali, a
Czarny, który wrócił nad ranem, zostawił dla mnie tylko krótką
notatkę, że nie udało mu się skończyć tego, co zaczęłam.
- Emma starała się zagadywać Rona na
wszystkie sposoby, żeby tylko przestał patrzeć na mnie jak na
mordercę małych kotków.
- Na stole pojawiły się tosty z
intensywnie pachnącym serem. Zakręciło mi się w głowie i
odetchnęłam głęboko. Z drugiej strony miałam jajecznicę z
pomidorami. Owsianka cuchniała jak nigdy przedtem. Zrobiło mi się
całkowicie niedobrze i poderwałam się z miejsca. Wielka Sala
zawirowała mi przed oczami, ale starałam się iść przed siebie.
Emma wyszła zaraz za mną.
- Wszystko w porządku?
- Tak, po prostu za wcześnie
zeszłam na śniadnie. Zwykle udaje mi się przeczekać to w
sypialni – uśmiechnęłam się blado. - Znowu się do mnie
odzywasz?
- Będziesz miała dziecko... -
odezwała się cicho, jakby ciągle nie dowierzała. - Nie umiem
tego zrozumieć. Co z tym wszystkim wspólnego ma Malfoy i czemu
kontaktuje się z tobą, zamiast grzecznie siedzieć na tyłku w
Azkabanie razem ze swoim tatusiem.
- Sama dobrze wiesz, że jest
uniewinniony!
- Dobrze, dobrze. To nie jest pora
na takie rozmowy – powiedziała Emma i wyprowadziła mnie na
błonia. Kawałek szłyśmy w ciszy, aż w końcu zapytała:
- Od kiedy wiesz?
- Od miesiąca. To już czwarty –
pogłaskałam się po brzuchu, a Emma dopiero teraz zwróciła na
niego uwagę,
- Rany! Faktycznie! To widać! Jak
Ron tego nie zauważył?!
- Postarałam się o to –
uśmiechnęłam się zaczepnie. - Ale teraz się do siebie nie
odzywamy. Mam zamiar przyjąć propozycję McGonagall.
- Jesteś pewna? - zawahała się
Emma.
- Bardziej pewna już nie będę. Z
Ronem się nie da porozmawiać.Ale wasz dom...
-
- To jego dom – wzruszyłam
ramionami i czułam, że jestem znowu o krok od rozpłakania się.
Zacisnęłam więc usta i usiadłam na trawie. Emma przyglądała mi
się chwilę w milczeniu.
2011-07-20 17:05:00
skomentuj (0)
Hogwarts, we are back!
Słońce delikatnie oświetlało ogrody i błonia przyległe do Hogwartu. Jego ostatnie prominie wpadały też przez kolorowe szybki w oknie. Powietrze przesycone było zapachem lata, kurzu i magią. Oderwałam wzrok od widoku za oknem i wróciłam do pisania. Po pewnym czasie, gdy na dworze zapanowały już kompletne ciemności i świerszze zaczęły koncert - do pomieszczenia weszła Emma. Miała na sobie czystą szatę i widać było, że niedawno znowu eksperymentowała z zaklęciami ujarzmiającymi jej niesforne włosy. Ja już dawno się poddałam.
- Tak myślałam, że cię tu znajdę - uśmiechnęła się. - Co porabiasz?
Zamknęłam szybko książkę i schowałam ją do torby razem z pergaminami. Podniosłam się z miejsca i chwyciałam Emmę pod ramię, mówiąc- Nic tak ważnego, jak spacer z najlepszą przyjaciółką - wyszczerzyłam się do niej i wyprowadziłam z bibliotrki No korytarzu wpadł na nas Ron.
- Znalazlaś ją! Hermiono, gdzie byłaaaś? - jęknął z wyrzutem.
- No jak to gdzie? W bibliotece, oczywiście - odpowiedziała za mnie Emma.
- Idziemy z Czarnym do Trzech Miotłem na drinka, idziecie z nami? - zaproponował.
Emma lekko drgnęła w miejscu, pewnie jakby miała skrzydła, to właśnie podrywalaby się do lotu. Uśmiechnęłam się do Rona porozumiewawczo i kiwnęłam głową. PO drodze (idąc w zupeeełnie innym kierunku) zaszłyśmy do Wieży Wschodniej, zebym mogła się przebrać ( co trochę potrwało). Zawiązywałam właśnie niezliczone ilości sznurków od mojej szaty, gdy na parapecie wylądawała ze świstem Świstoświnka. DO nóżki miała przywiązaną notatkę od osoby, na którą bardzo liczyłam. Od Dracona Malfoya.
Schodzłam karteczkę d kiezeni bez otwierania jej i dołączyłam do moich bliskich.
W Trzech Miotłach było parno, gwarno i tłoczno. Ludzie dyskutowali na temat zbliżającego sięprocesu i omawiali wewnętrzą strukturę nowych rządów. Odkąd Kingsley został Ministrem Magii, wiele się zmieniło. W Proroku Codziennym pojawiły się spekulacje dotyczące dementorów i ich zastosowania. Ronald jednak skupił się na sączeniu ognistej whiskey razem z Czarnym. Emma wciągała jakieś kolorowe drinki, a ja raczyłam się wodą goździkową. Po pewnym czasie Emma i Czarny zniknęli gdzieś w okolicy baru, gdzie dorwali się do mugolskiego automatu i odnaleźli się dopiero, gdy trzepnęłam Rona w głowę solniczką. Mój drogi Ronald co chwilę posyłał przeciągłe spojrzenie pełnym biodrom przytwierdzonym do korpusu Madame Rosmerty. Jęknął z bólu, ale resztę wieczoru wpatrywał się już tylko w moje ewentualne krągłości. Do późna żartowaliśmy, wspominaliśmy i dyskutowaliśmy, aż ostatecznie Ron zasnął na moim ramieniu i zdecydowaliśmy się na powrót.
Szliśmy gęsiego, wąskim korytarzem, który udostępnił nam Abertforth. Zamykałam dziwaczny pochód, jedną ręką trzymajac różdzkę, a drugą powoli obracając list, który dziś otrzymałam. Zastanawiałam się, jakie bedą w nim informacje.
* * *
- Tak właściwie, po co tu jesteśmy? - zamlaskał owsianką Ron. Dzis rano dostal sowę od Ginny, która napisała, że James powiedział swoje pierwsze słowo - łisli.
- Mamy urlop i ...
- No właśnie! Nie musimy go marnować, na siedzenie w szkole, Hermiono!
- Nikt cię tu przecież nie trzyma na siłę - wzruszyłam ramionami. Kątem oka dostrzegłam, że Emma posłała mi badawcze spojrzenie, dużo bardziej przenikliwe, niż chciałabym otrzymać.
- A masz już sukienkę? - zagadnęła, chyba tylko po to, żeby zmienić temat.
- Ma! - odpowiedział Ron. - I nie chce mi pokazać, bo mówi, że to podobno... przynosi pecha!
Powiedział to takim tonem, jakbym conajmniej przepowiedziała mu Ponuraka z rozmokłych płatków owsianych.
- Naprawdę wierzysz w zabobony ? - Zdziwiła się Emma, zbierając z krzesła swoją pelerynę.
- Wolę dmuchać na zimne - dparłam i wsytałam, żeby odporowadzić ją do wyjścia. Dzisiaj odywał się proces Martina.
Ron zniknął gdzieś razem z Czarnym, a ja moglam powrócić do zacisza biblioteki. Spod stołu wyciągnąłem pełną torbę ksiąg, o których wolałabym nie wspominać nikomu. Kilka z nich przewertowałam po raz ostatni i odniosłam do Działu Ksiąg Zakazanych. W ich miejsce wyciągnęłam dwie kolejne. Stuknęlam różdżką w okładki i zamiast prawdziwego tytułu, błysnęły srebrne litery "Przepowiednie, przesądy, wróżby i rytułały - tajniki magicznego wesela". Całkiwem zadowolona z siebie zaczęłam czytać.
Zbliżała się pora obiadowa, ale w opustoszałym zamku nie było żywego ducha, dlatego musiałam zadolowić się tymi martwymi. Pogawędziłam z Prawie Bezgłowym Nickiem w Izbie Pamięci, o tym jakie ktoś otrzymał odznaczenia za wielką bitwę o Hogwart. Ze śmiechem stwierdziliśmy, że powinnam otrzymać conajmniej złoty posąg, za zniszczenie tego horkruksa w Komnacie Tajemnic.
Spacerowałam wyludnionymi korytarzami, zaglądając do pustych wnęk, za gobeliny i do sal lekcyjnych zamkniętych nas głucho, do czasu, kidy nie otwierzałam ich zaklęciem. Nagle na końcu korytarza dostrzegłam przygarbioną postać. Zbliżała się do mnie zadziwiająco szybko. Co dziwne, wydawała przy tym charakterystyczny grzechoczący dźwięk.
- Dź...dzień dobry - przywitałam się ze staruszką wsiatkowej opace na włosach, która przytrzymywała jej włosy nakrecone na papiloty.
- Czemu chodzi sama po zamku? - zapytała dość opryskliwie.
- Spaceruję.
- Od spacerowania są błonia. Szkoła posprzątana i nie ma po co jej bruziudź - zagderała.
- A... kim pani jest? - zapytałam cicho.
- Arabella Filch! - odparła dumnie. - Żona Filch. - cmoknęła. ŻONA FILCHA?! Opadła mi szczęka. Już miałam zwerbalizować swoje zdziwienie, gdy odezwała się zza mnie profesor McGonagall.
- Hermiono, zapraszam do mojego gabinetu - położyła mi rękę na ramieniu. Poczułam sięznowu jak uczennica. Miało sięto jednak niedługo zmienić i to drastycznie.
- Mam dla ciebie propozycję, usiądź - wskazała mi miejsce gestem dłoni, kiedy już znalazłyśmy się w gabinecie dyrektora. Posłusznie zajęłam miejsce naprzeciwko niej. Znad jej głowy zerkał na mnie portret Severusa Snape'a, i miałam wrażenie, że leko ironiznie się uśmiecha.
- Zamieniam się w słuch.
- Chciałabym, abyś została moim zastępcą - wypaliła dyrektorka.
- S-słucham? - oczy rozszerzyły mi się ze zdziwienia. - Zast...cze...co?
- Panno Granger, oczekiwałam nieco innej reakcji...
- Przepraszam, pani dyrektor, ale co miała pani na myśli?
- Kadra się starzenbie, potrzebujemy kogoś młodego, ambitnego i zdolnego. Zdążyłam zauważyć, że idealnie spełniasz wszystkie te wymagania.
- Ale od razu zastępca dyrektora...Nie ma wakatu dla, no nie wiem, nauczyciela mugoloznawstwa?
- Nie ma.
- A kto tego uczy?- zdziwiłam się.
- Penelopa Clearwater - odparła chłodno MCGonagall, najwyraźniej rozczarowana moją postawą.
- Ale pani profesor... ja przecież pracuję w ministwerstwie.
- I to szczyt twoich aspiracji Hermiono? Asystentka w Wydziale Złośliwych Czarów i Uroków?
- Lubię moją pracę!
- Cóż, zastanów się nad moją propozycją. Proponuję ci konkurencyjne wynagrodzenie - dorzuciła, a ja wydęłam usta.
- Przecież biorę slub, mamy dom w Dolinie Godryka...
- Twoje wymówki są słabe, przecież w Hosmeade też są nieruchomości.
- A co... ale... no nie wiem, co na to Ron..
- A cóż do tego ma pan Weasley?! Jemu to tylko na rękę zamieszkać w pobliżu kuchni Hogwartu - zirytowała się dyrektorka. - Zastanów się, chciałabym poznać odpowiedź do końca tygodnia.
- A ... czego bym uczyła? - zapytałam na odhcodne. Twarz nauczycielki nareszcie rozjaśnił uśmiech
- Transmutacji, oczywiście.
Kiwnęłam głową i wyszłam. Na schodach otarłam łzy wierzchem dłoni i zgniotłam w kieszeni list od Dracona. Powlokłam się do Wielkiej Sali, żeby porozmawiać z Ronem, alezastałam tylko Czarnego, który zbierał się do wyjścia.
- Kiedy wrócisz? - zapytałam, siadajac na ławce.
- Nad ranem. Postaram się go odnaleźć, ale nikomu ani słowa... - pocałował mnie w czoło i zniknął za drzwiami. Czułam się coraz bardziej samotna. Z jednej strony porpozycja McGonagall mi schebiała, ale z drugiej... lubilam moją pracę. I jeszcze ta przeprowadzka, nie... Ron się nigdy nie zgodzi. Na pewno nie teraz, kiedy udało mu się posadzić bijące wierzby koło domu. Poza tym w tej części Anglii jest zdecydowanie chłodniej... Ale było by blisko do szkoły. A co jeśli...
2011-07-19 13:25:38
skomentuj (0)
